Kiedy szliśmy przez Pacyfik [REPORTAŻ Z REJSU NIEPODLEGŁOŚCI]

Wzięli fał! Stopuj-mocuj! Sztych na grocie! Luz na bramie! Terminologia żeglarska to pierwsza rzecz, którą uczestnicy Rejsu Niepodległości muszą opanować na Darze Młodzieży. Też musiałem się jej nauczyć.

 

Trzy niemal 50-metrowe maszty, na każdym po pięć rej. I setki lin. Kilometrowa pajęczyna. Odnalezienie sensu w tej plątaninie wydaje się niemożliwe. A jednak. Każda lina do czegoś służy. Każda ma inną nazwę. Gordingi, niderholdery, gejtawy, szoty. – Naprawdę znasz te wszystkie nazwy? – pytam dziewczynę w białej koszulce z napisem „Rejs Niepodległości”. Wokół nas, aż po horyzont, ciągnie się gładka jak stół tafla Morza Wschodniochińskiego. „Dar Młodzieży”, płynąc na silniku, żwawo pokonuje kolejne mile na trasie z Hongkongu do Osaki. Korzystając z upału, na pokładzie – jak na plaży – opalają się młodzi ludzie. Szczęśliwcy – mają popołudnie wolne od wachty.

 

– Nazwy i przeznaczenie lin i żagli to pierwsza rzecz, której musieliśmy się nauczyć. Powtarzaliśmy to do znudzenia, by zaliczyć egzamin z olinowania – opowiada Aleksandra Fabin, 26-letnia doktorantka z Wrocławia. – Nawet po ciemku musieliśmy wiedzieć, gdzie jest która. Teraz, po dwóch tygodniach na statku, najlepiej znam liny masztu, który obsługuje moja wachta. To kluczowe w czasie alarmu do żagli, najważniejszego elementu codzienności na żaglowcu. Trzeba wiedzieć, gdzie iść i za co chwycić, aby nie dać plamy – mówi Ola.

Pisze pracę na katedrze turystki AWF. Na „Dar” trafiła jako laureatka ogólnopolskiego konkursu dla młodzieży. Jego uczestnicy najpierw musieli opowiedzieć w mediach społecznościowych o swojej małej ojczyźnie, a potem zdać egzamin teoretyczny. Składał się z 30 pytań, głównie o historię Polski i żeglarstwa, ale była też część dotycząca motywów morskich w Biblii. W konkursie mogły startować osoby w wieku od 18 do 26 lat.

– Dla mnie to był już ostatni dzwonek. Jestem tu najstarsza – śmieje się Ola. – Ta wyprawa to dla mnie spełnienie marzeń – możliwość zwiedzenia nowych miejsc, poznania innych kultur. Od zawsze ciągnęło mnie do podróży. Mieszkałam i pracowałam w Hiszpanii, w Niemczech. W naszej rodzinie to typowe. Duża część wyjechała – żyją i pracują za granicą.

 

 

Na każdym etapie okołoziemskiego Rejsu Niepodległości na Darze Młodzieży płynie ok. 170 osób. 44 osoby to załoga stała – kapitan, oficerowie, bosmani, kucharze, obsługa maszynowni. Reszta miejsc przypada laureatom wspomnianego konkursu oraz praktykantom – studentom Uniwersytetu Morskiego w Gdyni albo uczniom szkół średnich o profilu morskim ze Świnoujścia i Szczecina.

 

– Na Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie trzy lata temu obiecałem sobie, że gdziekolwiek będzie następne spotkanie młodych, muszę tam być. No i klops, pomyślałem, gdy wypadło na Panamę. Przecież to koniec świata. Nie dostanę się tam. Konkurs był moją ostatnią deską ratunku – opowiada Przemysław Puzio, 22-latek z Radymna na Podkarpaciu, student IV roku prawa i II roku prawa kanonicznego na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego. – Zdobyłem maksymalną liczbę punktów i zostałem pierwszym laureatem konkursu Rejsu Niepodległości. Udowodniłem sobie, że chcieć to móc. Przez cały czas przygotowań żyłem w błogiej nieświadomości, że będzie to podróż życia, przedłużenie wakacji, relaks. Wszyscy mówili, że bycie załogantem na statku wcale tak nie wygląda, ale ja wiedziałem swoje, chociaż wcześniej z morzem nie miałem nic wspólnego. Żadnego doświadczenia żeglarskiego – wspomina Przemek. Zderzenie jego oczekiwań z realiami „białej fregaty” było trudne.

 

Praktykanci, zarówno studenci, jak i laureaci, podzieleni są na trzy wachty. Każda ma pod opieką inny maszt. Każda pracuje pod innym bosmanem. Najsłynniejszy jest „Brylant”. Nikt nie wie, skąd wziął się ten pseudonim, a sam zainteresowany nie chce o tym mówić. Zresztą, z bosmanem „Brylantem” raczej się nie dyskutuje. Pewne jest jedno, on zawsze znajdzie jakieś zajęcie dla swoich podopiecznych. Bo na „Darze” obowiązków nie brakuje. Sprzątanie, szorowanie pokładu i waterwejsów, polerowanie mosiądzów, usuwanie rdzy, malowanie, segregacja śmieci, pomoc w kuchni, praca przy wydawaniu posiłków, zmywanie, maszynownia, sterowanie czy dyżur „na oku”. W końcu życie na statku – jak na lotnisku – nigdy się nie zatrzymuje. Tu nie ma urlopów i wolnych dni. Zawsze ktoś musi czuwać. Zawsze ktoś pracuje. Wachty zmieniają się co cztery godziny. I nawet gdy przychodzi wreszcie rzadki moment, gdy naprawdę nie ma czegoś konkretnego do zrobienia, wachtowi muszą być „stand-by”, czekając w gotowości na pokładzie.

 

 

Praktykanci mieszkają w dziesięcioosobowych kubrykach – męskich i żeńskich. Śpią na piętrowych kojach. Każdy ma trochę miejsca na rzeczy osobiste. Raz w tygodniu – w niedzielę – czystość pomieszczeń sprawdza sam kapitan. – W moim kubryku są przedstawiciele wszystkich wacht, dlatego sen jest szarpany. Zawsze ktoś wraca z wachty albo się do niej przygotowuje. I tak w koło Macieju. Mamy cały zestaw ludzi: informatyka, fizjoterapeutę, dwóch prawników, dwóch ekonomistów, polonistę, Belga, oceanotechnika i inżyniera. Dobrze się dogadujemy, chociaż często się na siebie wkurzamy – opowiada Przemek Puzio. Sprzeczki i nieporozumienia to w rejsie codzienność. W tak dużym skupisku ludzi są wręcz naturalne. Zawsze warto się jednak dogadać, bo o ile na lądzie można się z kimś pokłócić i potem z nim nie spotykać, to na statku nie sposób się unikać. A gdy przychodzi sytuacja kryzysowa – jak choćby sztorm – trzeba ze sobą współpracować. Od tego może zależeć bezpieczeństwo wszystkich.

 

Koje i klimatyzowane kubryki to jak na morską rzeczywistość warunki komfortowe. Nie zawsze na polskich żaglowcach tak było. Na poprzedniku „Daru Młodzieży”, fregacie „Dar Pomorza”, kadeci spali w hamakach.

– Tylko w nocy było gdzie się położyć, bo w ciągu dnia hamaków się nie wieszało. Po wachcie w ciągu dnia nie było gdzie odpocząć. Teraz praktykanci schodzą z wachty o 8 rano, zjedzą śniadanie i mogą się zdrzemnąć. A my leżeliśmy na gołej podłodze! W ogóle komfort życia był marny. Oszczędność wody, brak porządnej wentylacji – te efekty zapachowe, gdy szło się spać po „psiaku” [tzw. psia wachta to najmniej lubiana przez marynarzy wachta od północy do 4 nad ranem]. Czasem trzeba było się dobrze zastanowić, czy chce się wejść do kubryka, czy woli się spać na pokładzie – tak czasy swoich studenckich praktyk wspomina Rafał Szymański, komendant „Daru Młodzieży”.

 

Pod pokładem wszystkie drogi prowadzą na plac Kaszubski. To położona centralnie przestrzeń wspólna u zbiegu korytarzy. Nazwę wzięła od jednego z gdyńskich skwerów. Na ścianie wisi nawet biała aluminiowa tabliczka z czerwonym napisem, dokładnie taka, jak na ulicach Gdyni. Na Kaszubskim można posiedzieć, poleżeć, pobrzdąkać na gitarze, pośpiewać, poczytać książkę, zagrać w karty. A w nocy wspólnie obierać ziemniaki. To jeden z najsłynniejszych rytuałów na „Darze”, znany także na wielu innych statkach. O północy pierwsza wachta rozpoczyna swój dyżur od skrobania kartofli. Na plac wjeżdżają ogromne worki ziemniaków, podłoga wyściełana jest brezentem, a pośrodku staje kocioł z wodą. Wszyscy siadają w kółku i chwytają za noże. By szybciej uwinąć się z zadaniem, ziemniaki z reguły ciosane są dość grubo. Po usunięciu skórki okrągła bulwa zamienia się w kanciasty sześcian. Gdy czas (i bosman) goni, kto by tam zwracał uwagę na skrupulatność? Obranie 40 kg ziemniaków zwykle trwa pół godziny. W tym czasie można sobie porozmawiać, pośmiać się, pożartować. A jeśli ktoś jest naprawdę zmęczony, złapać jeszcze trochę snu. Oczywiście jeśli współobierający się na to zgodzą.

 

 

Na maszty „Daru” wspina się każdy, kto czuje się na siłach. Nawet ci, którzy twierdzą, że mają lęk wysokości.

– Początkowo mnie to przerażało. Jak to – ja na maszt? Nigdy w życiu. Potem jednak zacząłem się z tą myślą oswajać i traktować to jak wyzwanie. Do tego stopnia, że na chrzcie równikowym wybrałem dla siebie imię „Bombram”. Obiecałem sobie wtedy, że kiedyś na tę najwyższą reję się wdrapię. I udało się. Za pierwszym razem wchodziłem w asyście instruktora. Kuba mnie nie poganiał, spokojnie tłumaczył, co należy zrobić, na co uważać, kiedy zwolnić, kiedy przyspieszyć. Teraz już bez problemu wchodzę sam – opowiada Armand Urbaniak, jeden z filmowców pracujących nad dokumentem o Rejsie Niepodległości.

 

 

Ja też chcę się sprawdzić we wspinaczce. Najpierw trzeba dobrać odpowiedni pas bezpieczeństwa. Przekładam dwie materiałowe pętle przez nogi, dwie kolejne przez ręce. Zapinam się z przodu, na wysokości klatki piersiowej. – Gdzie mam się wpiąć? – pytam pomagającego mi praktykanta. – Nigdzie! Wpinasz się dopiero na górze, przed wejściem na platformę – odpowiada. Zatem ruszam na wanty. Świadomość, że muszę polegać tylko na sobie, trochę spowalnia ruchy, ale szybko się przyzwyczajam. Ręka prawa, noga lewa! Ręka lewa, noga prawa! I tak w górę, metr za metrem. Kłopot pojawia się, gdy drabinka, po której się wspinam zbliża się do masztu, a nade mną wyrasta szeroka platforma marsa. By się na nią dostać, trzeba zrobić kilka kroków po podwantkach – wąziutkich stalowych drabinkach odchodzących od masztu – a potem odchylić się nieco, by przerzucić ręce nad platformę. To tu wpinam karabińczyk pasa bezpieczeństwa do stalowej linki. Teoretycznie ma mi to zapewnić bezpieczeństwo. Mam nadzieję, że nie będę musiał tego sprawdzać. Rzut oka w dół. Osoby na pokładzie wyglądają jak mrówki. Zbieram się w sobie i ruszam! Nie było tak źle! Osiągnięcie kolejnych poziomów – drugiej i trzeciej platformy – wydaje się już łatwiejsze, choć wanty są bardziej strome. A wszystkie trudy wynagradza widok! Morze z wysokości ponad 40 metrów wydaje się jeszcze bardziej bezkresne!

 

Kapitan, czyli „stary”

Gdy wiatr tężeje, można w końcu postawić żagle i wyłączyć silnik. Dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, jak głośny był jego jednostajny warkot. Dźwięk, na który po jakimś czasie człowiek przestaje reagować. Który staje się naturalnym towarzyszem podróży. A przecież naturalny nie jest. Nie na żaglowcu! Gdy nad pokładem rozpościerają się setki metrów kwadratowych żagli, gdy białe płótna wypełniają się wiatrem, a maszynownia odpoczywa – dopiero wówczas czuje się kwintesencję żeglugi na „Darze”. „Biała fregata” takie warunki uwielbia. Podobnie jak jej kapitan, który słynie z miłości do żeglowania. Nie zadowala go spokojne pływanie na silniku. On zawsze stara się znaleźć i wykorzystać wiatr.

 

Kapitan na polskich żaglowcach tradycyjnie nazywany jest komendantem. Nieoficjalnie – jak na każdym innym statku – „starym”. W drugiej połowie dziesięciomiesięcznego rejsu dookoła świata funkcję tę sprawuje Rafał Szymański. Wysoki, szczupły, z charakterystyczną marynarską brodą. Budzi respekt nie tylko ze względu na posturę. Zawsze opanowany, poważny, ale z poczuciem humoru. Rzadko podnosi głos. Dużo wymaga od załogi, ale przede wszystkim od siebie. Trudno na pokładzie spotkać kogoś, kto by go nie lubił. I to zarówno wśród zawodowych marynarzy, jak i praktykantów. Jako „pierwszy po Bogu”, podejmuje najważniejsze decyzje i bierze pełną odpowiedzialność za statek i ludzi na nim. Jest także… panem czasu. To on ustala, która na „Darze” jest godzina, co w podróży dookoła globu, gdy strefy czasowe zmieniają się często, jest bardzo istotne.

Pan czasu

Pewnego ranka, gdzieś w pobliżu Okinawy, melduję się o 7.30 na śniadaniu. W mesie żywej duszy. Stoły puste. – Śniadanie za godzinę! Jest 6.30 – krzyczy do mnie z kuchni dyżurna praktykantka. Patrzę na zegarek w telefonie – nie pomyliłem się. Na ekranie świeci się 7.30. – Tak, to czas japoński. Na statku mamy jeszcze czas chiński, bo komendant nie ogłosił zmiany – instruuje mnie dziewczyna.

Korekta czasu przyszła dzień później. Kapitan osobiście zapowiedział ją przez głośniki: – O godz. 20 przesuwamy zegarki na 20.20. O godz. 0.20 przesuwamy zegarki na 0.40, a o 4.40 na 5. Słyszę rozmowę dwóch członków załogi: – Stary oszalał? – pyta pierwszy. – No co ty? Nie rozumiesz? W ten sposób każda wachta będzie pracowała tyle samo. To fakt – szybko kalkuluję w głowie. Gdyby czas zmienić jak na lądzie, przesuwając zegarek od razu o godzinę, jedna z wacht pracowałaby 3, a druga 5 godzin. Pierwszy po Bogu jest jak Bóg – sprawiedliwy. Nawet przy zmianie czasu.

 

Jak gotować, gdy buja

„Uwaga, załoga i praktykanci! Uwaga, załoga i praktykanci! Zbiórka do podniesienia bandery!”. Taka komenda pada z głośników statkowego radiowęzła codziennie o 7.50. „Banderka” to stały punkt programu. Ceremonia, która oficjalnie rozpoczyna dzień na „Darze”. Punktualnie o godz. 8 pod gafel na krojcu (czyli trzecim maszcie) wciągana jest biało-czerwona bandera. Towarzyszy temu zbiórka całej załogi. Obecność obowiązkowa. A poza tym rytm na statku wyznaczają wachty i posiłki, które podawane są w godzinach „szpitalnych”: śniadanie od 7.30, obiad od 11.30, kolacja od 17.30. Na szczęście jadłospis ze szpitalnym jedzeniem nie ma nic wspólnego. „Darowa” kuchnia słynie ze wspaniałego smaku. W zasadzie każde danie tę opinię potwierdza. Bigos, strogonow, rosół, fasolka po bretońsku czy swojski schabowy – wszystko najwyższej jakości. Najbardziej zadowoleni są goście zapraszani na bankiety organizowane na pokładzie w odwiedzanych portach. Im dalej od Polski, tym zadowolenie większe, bo specjały znad Wisły wydają się bardziej egzotyczne. Nasze mięsiwa, sałatki, ba, nawet jabłka to dla zwiedzających statek Japończyków, Meksykanów czy Singapurczyków rarytasy. Dla mnie największym zaskoczeniem był jednak zapach pieczonego chleba. Bo kto by się spodziewał świeżych wypieków na środku oceanu? Oprócz chleba serwowane są też drożdżówki z kruszonką i croissanty.

 

Sekret jakości francuskich ciast na „Darze” wyjaśnia mi jeden z oficerów. – Cukiernik nauczył się je robić od jednego Marokańczyka, którego poznał w niewoli u piratów. – Hmm, ciekawa historia. W sam raz na reportaż – to myśląc, idę do kuchni. – To pan był porwany przez piratów? – pytam cukiernika. Mężczyzna wytrzeszcza na mnie oczy. – Że co? Pierwsze słyszę – śmieje się. Ja też się uśmiecham, bo już wiem, jak się rodzą morskie opowieści.

 

Większość zapasów, z których powstają kulinarne cuda, została załadowana jeszcze w Polsce. Mięsa, wędliny, ryby, sery, ziemniaki, konserwy – czekają na swą kolej w chłodni. Po drodze dokupowane są przede wszystkim świeże owoce, warzywa. Tylko czasem mięso. – W Hongkongu kupiliśmy kurczaki. Miały być z lokalnych ferm. Okazało się, że pochodzą z Brazylii. Nasze są dużo lepsze – twierdzi Marek Szcześniak, szef kuchni na „Darze Młodzieży”. Oprócz niego w kambuzowej ekipie są jeszcze trzy osoby stałej załogi. Każdego dnia pomaga im czterech praktykantów. Zaczynają pracę wcześnie rano, by zdążyć ze śniadaniem i obiadem.

Pośrodku kuchni stoją dwa ogromne kotły z chromowanej stali. Jeden 100-, drugi 150-litrowy. Pod sufitem suszą się kiełbasy. Wzdłuż ścian ustawiono duże piece – jak w piekarni. To w nich bochny rosną i nabierają rumieńców. Na stole czekają rzędy ciast. Pachnie jak w cukierni. – Dziś będzie sernik – zapowiada kucharz. – A jak radzicie sobie w sztormie? – pytam. – Mamy swoje sposoby – śmieje się. – Po prostu nie napełniamy kotłów do pełna.

 

 

Dyskoteka pod żaglami

„Uwaga załoga i praktykanci! Uwaga załoga i praktykanci! Z przykrością zawiadamiam, że spotkanie Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Pod gwiazdami” dziś nie odbędzie się. O godz. 18 na pokładzie rozpocznie się dyskoteka” – dostojnym, udającym smutek tonem recytuje oficer. Praktykanci podaną przez radiowęzeł wiadomość przyjmują z entuzjazmem, nie ze smutkiem. Po dniach ciężkiej pracy przyszedł w końcu czas na zabawę! Już kilka minut przed 18 na śródokręciu zaczynają zbierać się ludzie. Są kolumny, jest DJ, ktoś na nadbudówce zainstalował laserowe oświetlenie. Startuje muzyka. O dziwo, na pierwszy ogień idą przeboje lat 80. Jest Abba, Boney M i Stevie Wonder. Zmierzcha, gdy pokładowy parkiet powoli zapełnia się tańczącymi. A potem jest tylko lepiej. Apogeum imprezy następuje, gdy z głośników słychać pieśń, która mi przypomina średniowieczne tańce rodem z filmów o Robin Hoodzie. – To „Belgijka”. Chapelloise. Wszyscy tu znają ten taniec, bo się go tańczy na studniówkach, weselach, pielgrzymkach i obozach harcerskich – instruuje mnie jedna z dziewcząt, którą zaraz ktoś porywa do zabawy. W żywiołowych pląsach między masztami wiruje kilkanaście par! Idąca pod żaglami fregata, przy delikatnym przechyle i w zaciemnieniu, z laserowymi iluminacjami i głośną muzyką, dla mijających nas statków musiała stanowić bardzo osobliwy widok…

 

Do sztormu można się przyzwyczaić

Zasiadając do projektowania „Daru Młodzieży”, inżynier Zygmunt Choreń miał już za sobą budowę innego żaglowca – „Pogorii”. Wykorzystał doświadczenie, by stworzyć fregatę szybką i dobrze trzymającą się na fali. Marynarze jednak wiedzą doskonale, że w obliczu silnych sztormów nawet najdzielniejsze jednostki nie pozostają obojętne. Mieliśmy się o tym przekonać na własnej skórze, gdy początkowo spokojne Morze Wschodniochińskie postanowiło pokazać „Darowi” gniewne oblicze.

 

Budzi mnie łomot. Na policzku czuję dziwny chłód. Po chwili zdaję sobie sprawę, że tulę się do deski, która wsunięta w krawędź koi ma zabezpieczać śpiącego przed wypadnięciem. – Mądry wynalazek – mruczę pod nosem, szukając odpowiedzi na pytanie, co tak w kajucie huknęło. Gdy oczy przyzwyczajają się do mroku, widzę pobojowisko na podłodze, na której wylądowała cała zawartość stołu. Papiery, teczki, kubek, nawet ciężki komputer. Mam nauczkę – trzeba było zasztauować. Z trudnością staję na nogi. Statek płynie w przechyle. Sztorm dopada „Dar Młodzieży” w nocy i nie odpuszcza przez kilka następnych dni. Żaglowcem buja na wszystkie strony. Załoga rozciąga na pokładach sztormliny, ułatwiające chodzenie po niestabilnym gruncie. Wszystkie ruchome części wyposażenia są dodatkowo zabezpieczone. Nawet krzesła w mesach przywiązane są do podłogi. Kołysanie szybko daje się we znaki zwłaszcza praktykantom, którzy z bladymi twarzami szukają ratunku na świeżym powietrzu. Nudności, bóle głowy, zmęczenie, poczucie otumanienia. W takich warunkach okrętowy lekarz ma dużo więcej pracy niż zwykle. Kuchnia – przeciwnie, bo w trakcie bujania jedzenie nie jest przesadnie popularne. Nawet serdelki, zwane przez młodych „big boyami”, tym razem nie mają wzięcia. Trochę lepiej jest z zupami, ale żeby w miarę spokojnie zjeść, trzeba pod talerzami budować wieże ze sztućców, spodków i tego, co akurat jest pod ręką. Tylko tak można jakoś wyrównać poziom. Gdy statek wciąż „chodzi” – przechył w lewo – przechył w prawo – z kambuza co chwila dochodzą dźwięki spadających naczyń.

 

Wieje tak mocno, że miejscami kończy się skala. Morze zamiast tradycyjnej, niebieskawej barwy jest niemal białe od grzywaczy. Wokół fale. Jedna za drugą, co i rusz rozbryzgują się o burty. Jeśli w nawias wziąć powagę sytuacji, wygląda to niezwykle efektownie, co nie umyka uwadze filmowców. W poszukiwaniu ciekawych ujęć na dziób wędruje operator kamery. Nie bacząc na groźbę zalania sprzętu, poluje na ciekawe kadry. Za jego plecami momentalnie pojawia się bosman „Brylant”. W męskich słowach tłumaczy, że wprawdzie filmowcy są tutaj na specjalnych prawach, jednak są zasady, których łamać nie można. Jedną z nich jest ta, która mówi, że w trakcie sztormu na dziobie nikt postronny przebywać nie może. To zbyt niebezpieczne. – Jak coś walnie, to po tobie – tłumaczy krótko i dosadnie. Operator z niepocieszoną miną zabiera się więc, by gdzie indziej chwytać piękno rozgniewanego morza. Mija godzina. Na dziobie słychać huk. Pod naporem wiatru urywa się stalowy blok. Lina, którą trzymał, z impetem omiata pokład. Dokładnie w miejscu, w którym stał filmowiec. Gdyby nie bosman „Brylant”, film musiałby kończyć ktoś inny. Bosman ma zawsze rację.

 

Na pokładzie wpadam na statkowego cieślę. Przybrudzony drelich, na głowie charakterystyczna bandana, przewiązana w stylu filmowego Rambo. Siedzi, opierając się o nadbudówkę, i wpatruje w morze. Jakby wokół nie szalał żywioł, tylko wiała przyjemna bryza. Nic nie robi sobie z fal i przechyłów. – Tu to jest bajka. Na dalmorowskich rybakach na Ochockim, to było ciężko. A tu? – pyta retorycznie. – Kiedyś statki były drewniane, a ludzie ze stali. Dziś jest odwrotnie – kwituje. Na szczęście do sztormu, jak do wszystkiego, można się przyzwyczaić. A każdy sztorm, nawet najgorszy, kiedyś się kończy. Tak jak nasza podróż. Po dwóch tygodniach w morzu wchodzimy do Osaki.

 

Kto raz złapie morskiego bakcyla…

Warszawa, Lotnisko Chopina. Przy taśmociągu w oczekiwaniu na bagaże tłoczą się pasażerowie rejsowego samolotu z Tokio. Najwięcej jest młodych ludzi w charakterystycznych granatowo-niebieskich kurtkach z napisem „Rejs Niepodległości”. Po wymianie załogi w Osace, kolejna grupa laureatów konkursu musi zapomnieć o „Darze Młodzieży” i wrócić do rzeczywistości. Ostatnie rozmowy, zdjęcia. Dwie dziewczyny obok mnie padają sobie w objęcia. Na twarzach miesza się radość oczekiwania na spotkanie z rodzinami, zmęczenie i nostalgia. Ktoś głośno intonuje: „Już nie wrócę na morze!”. Kilkanaście innych głosów w lot podchwytuje: „Nigdy więcej, o nie!”. Spoglądam na tę rozśpiewaną grupę młodzieży i wiem, że to nieprawda. Na pewno jeszcze wrócą. Prędzej czy później. Bo kto raz złapie morskiego bakcyla, ten morską przygodę będzie chciał powtarzać regularnie.

 

Rejs Niepodległości

To wspólne przedsięwzięcie Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, Uniwersytetu Morskiego w Gdyni oraz Pallotyńskiej Fundacji Misyjnej Salvatti. Wyprawa „Daru Młodzieży” dookoła świata miała na celu uczczenie setnej rocznicy odzyskania przez Polskę suwerenności. Żaglowiec wyszedł z Gdyni 20 maja 2018 r., wrócił 28 marca 2019 r. Po drodze odwiedził 22 porty na 5 kontynentach.

 

Krzysztof Romański

 

Reportaż ukazał się na łamach Gazety Wyborczej 15 lutego 2019 r.

 

Dodaj komentarz