W tym roku „Pogoria” obchodzi swoje 40. urodziny. Z tej okazji ukazała się książka Krzysztofa Romańskiego „Pogoria. Legenda Żaglowca”, nad którą mamy patronat. Dzięki współpracy z Wydawnictwem Nautica, na naszych łamach opublikujemy fragmenty trzech rozmów z bohaterami książki. Na początek Jerzy Jaszczuk.
Jerzy Jaszczuk jednoznacznie kojarzony jest z keczem „Generał Zaruski”. To z jego inicjatywy przeprowadzono remont zasłużonego żaglowca, którego potem został kapitanem. W życiorysie Jerzego Jaszczuka ważną rolę odegrała również „Pogoria”.
Twój pierwszy kontakt z „Pogorią” miał miejsce w 1980 r., jednak na pierwszy rejs przyszło ci poczekać dłużej.
Jesienią 1980 r. atmosfera wokół „Pogorii” zrobiła się bardzo nieprzyjemna. Zagrożenie, że statek nazywany „luksusowym jachtem prezesa” może zostać sprzedany za granicę, było naprawdę realne. Pracowałem wtedy w Polskim Związku Żeglarskim. Jego sekretarz generalny Stanisław Tołwiński dał mi zadanie: „Trzeba »Pogorię« jak najszybciej zabrać z telewizji i coś z nią zrobić. Najlepiej jakiś spektakularny rejs, żeby nie można się było do niej przyczepić”. Dobrze znałem kodeks morski, w którym stosowane są dwa określenia – „właściciel” i „armator”. Trudno było wówczas znaleźć różnice między ich definicjami. To podsunęło mi pewną myśl. Żeby przyspieszyć sprawę, stworzyłem umowę, na podstawie której telewizja pozostawała właścicielem „Pogorii”, natomiast PZŻ w imieniu właściciela miał zajmować się żeglugą, czyli był armatorem.
Sprytne posunięcie.
Warto jednak podkreślić, że telewizja tak naprawdę nigdy właścicielem „Pogorii” nie była, bo nie zarejestrowała statku w Izbie Morskiej. Prawdziwym właścicielem zawsze był Skarb Państwa. Sporządziłem umowę i po jej podpisaniu w październiku 1980 r. „Pogoria” trafiła do Polskiego Związku Żeglarskiego. Narzucono mi rolę armatora, trzeba więc było szybko zastanowić się, gdzie statek wysłać, by w tym czasie znaleźć sposób, jak zarobić na jego utrzymanie. Akurat wtedy kryzys dosięgnął Polską Stację Antarktyczną im. Arctowskiego, której kierownikiem był mój serdeczny przyjaciel Eugeniusz Moczydłowski. Byłem z nim wcześniej na dwóch wyprawach – wokół Hornu na „Konstantym Maciejewiczu” i za oba kręgi polarne na „Gedanii”. Znaliśmy się świetnie. Gdy wróciliśmy z rejsu na „Gedanii” w 1976 r., mieliśmy kontakt z doktorem Stanisławem Rakusą-Suszczewskim z Polskiej Akademii Nauk, który szykował się już do budowy stacji na Antarktydzie. Zaproponował nam udział w pierwszej wyprawie. Już mieliśmy się zgodzić, kiedy Rakusa-Suszczewski powiedział: „Panowie, przepraszam, ale nie mogę wziąć amatorów. Muszę poprosić wojsko o pomoc w budowie Stacji. Mam jednak dla was pracę w Instytucie Antarktycznym PAN”. Gienek z tej propozycji skorzystał, ja nie. Przyszedł 1980 r. Gienek jest na Stacji Arctowskiego i ma kłopot, ponieważ nie ma statku, który mógłby popłynąć z zapasami i po polarników. Z reguły transporty odbywały się statkami handlowymi – „jeziorowcami” [statkami handlowymi przeznaczonymi do żeglugi między portami znajdującymi się na obszarze Wielkich Jezior Amerykańskich. Od statków pełnomorskich odróżnia je ograniczenie szerokości i zanurzenia – przyp. KR]. Tym razem nie było na taki statek pieniędzy. Miałem z Gienkiem kontakt radiowy i powiedziałem: „Wiesz co, Gieniu? Przyślę ci tam żaglowiec”. I poszedłem z tym tematem do Rakusy-Suszczewskiego, który wtedy jeszcze nie miał tytułu profesora. Oznajmiłem wprost: „Panie doktorze, wiem, że nie ma pan statku i ma pan problem. Ja mam dla pana statek”. „Jaki?” „Żaglowiec”. Usłyszawszy to, trochę się żachnął, więc zacząłem tłumaczyć: „Popłynie »Pogoria«. Możemy spróbować zrobić z tego stałą, coroczną akcję. Nie potrzebuje pan żadnych »jeziorowców«. Większość rzeczy możemy przewieźć żaglowcem. To będzie dla nas, dla Polskiego Związku Żeglarskiego, korzystne, bo co roku możemy na Antarktydę pływać i będziemy mieć zajęcie dla »Pogorii« na cztery miesiące. Dla PAN-u to też będzie korzystne, bo będzie pan płacił za to w złotówkach, a nie w dewizach”. „A kiedy wy tam dopłyniecie?” „Rejs zajmie osiem tygodni”. „A jak nie?” „To możemy podpisać umowę jak na dawnych żaglowcach towarowych. Jeśli się spóźnimy, to pan nam nic nie płaci, ale jak będziemy szybciej, to płaci pan podwójnie”. Rakusa-Suszczewski w pierwszej chwili wydawał się być pod wrażeniem. Za chwilę jednak mówi: „No, nie wiem, to jest takie niepewne”. Wtedy powiedziałem bez owijania w bawełnę: „Panie doktorze, nie chodzi tylko o to, żeby ulżyć pańskim finansom. Jeśli zaraz nie zatrudnimy tego statku, to go nam sprzedadzą”. „Trzeba było tak od razu!” „My naprawdę mamy problem, a wydaje się, że taki rejs może wam też przynieść dużo dobrego. Dostawa żaglowcem, jak w dawnych czasach, zwróci na was uwagę. Poza tym nie wiadomo, kiedy będziecie mieli ten docelowy statek, który zawiezie sprzęt i ludzi”.
I on się zgodził. Podpisaliśmy umowę na tysiąc złotych dziennie. Zabraliśmy się do omawiania szczegółów rejsu, a ja nie miałem jeszcze ani załogi, ani kapitana, ani nawet pewności, czy statek ma odpowiednie papiery, żeby na Antarktydę popłynąć. Była już połowa listopada 1980 r. Tołwiński mnie pyta, jaki mam pomysł. Mówię mu: „Antarktyda”. On na to: „Świetnie, tylko że statek musi wypłynąć natychmiast. Niech płynie albo na tę Antarktydę, albo w jakieś czartery”. Łatwo powiedzieć. Organizacja rejsów czarterowych była skomplikowana, potrzebne były pozwolenia. Nawiązałem kontakt z panią Giselą, właścicielką firmy, która m.in. sprowadzała na koncerty do Niemiec zespół Mazowsze oraz Marka i Wacka. Zapytałem, czy możemy zrobić jakiś czarter. „Czarter? W zimie? Nie da rady. Na wiosnę najszybciej”. „To się nawet dobrze składa, bo teraz płyniemy w rejs na Antarktydę, wrócimy na wiosnę”. „Perfekt! Zrobimy wokół tego promocję i w drodze powrotnej wejdziecie do Hamburga”. Wiedziałem już, co mam robić. Organizacją wyprawy na Antarktydę zacząłem się intensywnie zajmować 15 listopada 1980 r., a „Pogoria” wypłynęła 7 grudnia. Gdybym miał więc jakoś podsumowywać swoje osiągnięcia żeglarskie, to byłoby na pierwszym miejscu.
Organizacja takiego rejsu w trzy tygodnie? Wszystko musiało iść jak z płatka.
Gdzie tam! Akcja pasztet! Skompletowanie załogi nie było wtedy prostą sprawą. Ustaliliśmy, że minimalna liczba osób to 27. Pieniądze na rejs miała pokryć umowa z PAN, ale skąd na już wziąć ludzi, którzy chociaż trochę znają się na żeglarstwie, do tego mają czas i – najważniejsze – paszport, w dodatku sportowy z tzw. eską? Czasu było mało, więc doświadczenie żeglarskie zeszło na dalszy plan. Kluczowym kryterium doboru ludzi było to, czy mają paszport i czas oraz czy chcą jechać za frajer – dla przygody. W tym pomógł mi Karol Teliga, który związany był ze środowiskiem nurków i grotołazów. Procedury oczywiście trwały. Na szczęście Stasio Tołwiński znał pułkownika Popowskiego z biura paszportowego na Koszykowej. Zadzwonił do niego, podał listę osób, które udało mi się zebrać. Pułkownik po starej znajomości się zgodził. „Dwa dni i po sprawie, nie będziecie musieli czekać tygodniami”. Kolejny kłopot z głowy. Zostały rozmowy w Urzędzie Morskim. Tam karty rozdawał wtedy Walenty Milenuszkin, który nienawidził Krzysztofa Baranowskiego. Utrudniał mu życie, jak tylko mógł. A trzeba było zdobyć kartę bezpieczeństwa z Urzędu Morskiego, żeby móc wypłynąć. Milenuszkin absolutnie się nie zgadzał, żeby Krzysztof był kapitanem w tak trudnym regionie. Poza tym wskazywał, że „Pogoria” nie ma klasy lodowej, by płynąć na Antarktydę. Broniliśmy się, że stoi za nami autorytet w postaci doktora Rakusy-Suszczewskiego, że mamy ludzi, którzy będą nam raportować sytuację lodową, że nie płyniemy dookoła Antarktydy, tylko na sam jej koniuszek. Milenuszkin był niewzruszony. Trzeba było go podejść inaczej. Odkryłem, że przyjaźni się z Dariuszem Boguckim – żeglarzem-polarnikiem i pisarzem. Poszedłem do niego: „Darek, chcesz popłynąć na Antarktydę jako specjalista od spraw lodowych? Napisałeś na ten temat trzy książki”. „Naprawdę mogę?” „Tak, Krzysztof Baranowski cię weźmie, dogadacie się. Nie będziesz musiał nawet być na wachtach. Z tym nie będzie problemu”. „Świetnie!” „Tylko musisz załatwić to z Milenuszkinem”. „Z tym nie będzie problemu! Przyjaźnimy się”.

Tak udało nam się załatwić pozwolenie Urzędu Morskiego. Wrócił jednak problem pieniędzy. To, co miała nam zapłacić PAN, pokryło tylko część kosztów. Potrzebowaliśmy więcej. Wysłaliśmy więc teleksem informację do mediów, że płyniemy na Antarktydę. Jeśli chcą wysłać z nami korespondenta, to jest taka możliwość. Koszt – 50 tys. Znalazło się dwóch chętnych – Zdzisław Szczepaniak z „Dziennika Łódzkiego” i Kazimierz Robak z agencji Interpress-Sport. Pierwszy raz zobaczyłem go 4 grudnia 1980 r. w Gdyni. Śnieg padał, zimno jak diabli. Kazio właśnie zszedł z masztu, na którym był drugi raz. Zmarznięty, ale zadowolony z siebie, podchodzi do mnie i mówi, że ma chorobę telegraficzną. „Na czym to polega?” „Nogi mi się trzęsą”. Widać było, że jest strasznie napalony na ten rejs. W załodze znalazł się też niejaki „Geograf” [Janusz Kawęczyński – przyp. KR] – mój kolega z klubu żeglarskiego, taki pozytywny wariat. Pracował w studenckiej firmie turystyczno-szkoleniowej. Dzwonię do niego i mówię: „»Geograf«, chcesz popłynąć na Antarktydę?” „Chcę. A kiedy?” „Jutro!” „Jak jutro? A urlop?” „To załatwiaj, poczekam przy telefonie”. Poszedł. Chwilę go nie było. Gdy wrócił, mówi: „Jadę! Nie chcieli mi dać urlopu na cztery miesiące, to się zwolniłem”. I tak „Geograf” dołączył do załogi, w której był oczywiście Andrzej Marczak.
Moje pierwsze spotkanie z nim to była katastrofa. Zamiast „dzień dobry” padło pytanie: „Ty jesteś teraz armatorem?” „No, tak wyszło”. „To ja poproszę o kilka rzeczy” – mówi i wymienia, co mam mu załatwić. „Kurczę, Andrzej, ja jestem armatorem od trzech godzin”. „I co to zmienia?” Kazałem mu się odczepić, używając stanowczego słowa. Gdy zobaczyliśmy się drugi raz, trzeba było ustalić skład załogi stałej. „Andrzej, jesteś pierwszym oficerem, ty decydujesz. Ja zebrałem ludzi na rejs, a resztę – oficerów, mechaników – dobierz sobie tak, żebyś miał do nich zaufanie”. „Dobra, to ja bym chciał, żeby Marek Kleban popłynął jako mechanik”. „A jakie on ma papiery?” „No, nie ma żadnych. Ma patent sternika jachtowego, ale dobrze zna ten statek. Mam do niego zaufanie i chcę, żeby popłynął”.
Kłopot polegał na tym, że na to miejsce był już szykowany Andrzej Mendygrał, dobry znajomy dyrektora Centralnego Ośrodka Żeglarskiego w Trzebieży Bogdana Olszewskiego. Sprawa wydawała się przesądzona, bo to Trzebież była przewidywana jako przyszły armator „Pogorii”. W dodatku Mendygrał był kapitanem, miał ogromne doświadczenie. 4 grudnia zrobiliśmy w Gdyni zebranie. Przyjechał Olszewski i razem z Andrzejem Marczakiem usiedliśmy, żeby rozstrzygnąć, kto popłynie – Mendygrał czy Kleban. Dyrektor Trzebieży przedstawia Mendygrała: „Kapitan, wspaniały, doświadczony marynarz”. Andrzej Marczak miał mniej argumentów: „Tu mamy kolegę ze stopniem sternika jachtowego, ale do pracy w maszynie nie będzie potrzebny mu żaden stopień. Zna statek, mam do niego zaufanie”. Tamten ripostuje, że Mendygrał też zna się na silniku, bo gdy zdawał na kapitana, zapoznał się z kwestami mechanicznymi. Wtedy się odezwałem: „To jest długa wyprawa. Oprócz papierów trzeba też mieć charakter”. „Mój kandydat się nadaje. W ogóle nie pije”. „A dlaczego nie pije? Boi się? Słyszałem, że ma żółte papiery, bo chciał się wybronić od wojska. A co się stanie, gdy wypije? Może mu odwali? A to przecież jest wyprawa na drugi koniec świata. Dlatego wybieram Klebana”. Dyrektor Trzebieży odgrażał się, że poruszy sprawę w odpowiednich gremiach. Wziąłem to na siebie. Taki mam udział w tym, że Marek Kleban znalazł się na „Pogorii”. I że statek popłynął.

A ty nie chciałeś płynąć?
Bardzo chciałem, ale przecież byłem armatorem! Musiałem organizować kolejne rejsy, planować czas, gdy „Pogoria” wróci z Antarktydy. Krzysztof Baranowski co rusz mi coś zarzucał – że nie ma tego, że nie ma tamtego, że załoga do kitu. W końcu powiedziałem: „Wiesz co, Krzysiu? Ja też jestem kapitanem jachtowym. Mogę poprowadzić ten rejs. Nigdy co prawda nie pływałem na „Pogorii”, ale jest Andrzej Marczak, w razie czego pomoże mi prowadzić. Nie ma problemu, nie musisz być kapitanem”. Wtedy Krzysztof zmiękł. Dodałem jeszcze: „Straciłeś statek, bo telewizja przestała być armatorem, ale ja nie chcę ci zabierać »Pogorii«. To nie jest mój cel. Chcę, żebyś był kapitanem, dlatego zaproponowaliśmy ci ten rejs. Przestań więc robić sceny i nie walcz z armatorem”. To go uspokoiło, chociaż – jak się okazało – do czasu. Jednak zyskałem trochę spokoju, żeby zająć się załatwianiem tych czarterów w Niemczech. Wróciłem do kontaktu z Giselą, chociaż komunikacja była bardzo trudna. Kontaktowaliśmy się głównie przez teleks. Wówczas nawet wykonanie telefonu za granicę było skomplikowane. W końcu zamówiłem rozmowę i ustaliliśmy, że w drodze powrotnej „Pogoria” pójdzie do Hamburga. Wcześniej statek zrobi przystanek w Poole w Wielkiej Brytanii, gdzie na pokład wejdzie dwóch niemieckich operatorów: „Oni zrobią film w czasie rejsu. Wysadzicie ich koło latarniowca »Elbe 1«, żeby mieli czas na zmontowanie materiału. Ja przygotuję oficjalne przyjęcie w reprezentacyjnym miejscu w Hamburgu na Überseebrücke. Będą media, telewizja, otworzymy statek dla zwiedzających, popłyniemy w kilka krótkich rejsów, a w tym czasie załogę wyślemy na wycieczkę. Każdy dostanie trzysta marek w prezencie wielkanocnym. Załatwimy też, że w dniu przywitania »Pogorii«, film zrobiony w czasie rejsu pójdzie w telewizji”. – Gisela miała już wszystko zaplanowane. Coś niesamowitego! Nawet w dzisiejszych czasach byłoby to trudne do zrealizowania. A wtedy? Niestety, wyszło inaczej.

Nawiązujesz do zderzenia „Pogorii” na Łabie z „Generałem Stanisławem Popławskim”?
Tak. Pojechałem do Hamburga z Januszem Zbierajewskim, który miał być kapitanem „Pogorii” w rejsach czarterowych. Czekamy, ale do późnych godzin wieczornych nie ma żadnych wieści. Gisela mówi: „Chodźmy spać. O szóstej rano was obudzę i zaczniemy działać”. Rano otwieram oczy, patrzę na zegarek, jest ósma. „Coś jest nie tak” – myślę i dzwonię do Giseli. „Słuchaj, nie budziłam cię, bo w nocy dostałam informację, że »Pogoria« zderzyła się na Elbie z innym polskim statkiem”. „Co takiego? Jak to?” „No, wiesz, była mgła. Na szczęście nikomu nic się nie stało”. Zaczynamy badać sprawę. Pytam: „Krzysztof, dlaczego nie wziąłeś prowadzenia z lądu?” „Bo to kosztuje, a zresztą jest po niemiecku, a ja nie mówię po niemiecku”. „Jak to kosztuje? To jest za darmo! I do tego po angielsku! Właśnie po to, żeby uniknąć takich wypadków!” Okazało się, że Krzysztof nie prowadził ciągłej obserwacji, tylko patrzył na radar. Pomylił pławę ze statkiem i przywalił w jego burtę. No i cały misterny plan czarterowy diabli wzięli.
Twoje relacje z „Pogorią” też się rozluźniły.
Od czasu Antarktydy i niedoszłych czarterów długo nie miałem kontaktu z „Pogorią”. Poza jedną sytuacją. Pracowałem za granicą. Byłem skiperem na klasycznych jachtach we Francji i we Włoszech. Gdy któregoś razu pojechałem na urlop do Polski, skontaktował się ze mną Zbigniew Stosio z PZŻ: „Słuchaj, mam prośbę. »Pogoria« będzie w Livorno, kapitanem jest Krzysztof Baranowski. Czy mógłbyś zawieźć na statek bosmana i kilka nowych żagli?”.
Zgodziłem się. Miałem wtedy mercedesa busa 307, więc miejsca było dużo. Bosmanem, którego miałem zawieźć, był Wojtek Fok. Dojechaliśmy do Livorno, a tam nie ma śladu „Pogorii”. Pytamy w porcie, mówią, że owszem, statek stał przez chwilę, ale już wyszedł. Jak ich teraz złapać? Wpadłem na pomysł, żeby skorzystać z radia w latarni morskiej. Poszedłem do latarnika i mówię, że muszę porozmawiać z żaglowcem, który tu niedaleko płynie. Trochę się zdziwił, ale zgodził się wywołać „Pogorię”. Zgłosił się oficer, Jurek Rakowicz, trochę zdezorientowany, że go wzywa latarnia morska. A ja do niego po polsku: „No, gdzie wy jesteście? Co mam zrobić z tym bosmanem i żaglami, które dla was wiozę? Dlaczego nie ma was w Livorno? Co to za niepoważne zachowanie?”. Umówiliśmy się, że wieczorem spotkamy się we Fiumicino. Podjechałem na nabrzeże, „Pogoria” zacumowała. Krzysztof Baranowski staje na burcie, patrzy, a tu samochód z Polski. Wchodzę na keję, uśmiecham się i mówię: „Co ty, Krzysiu, chciałeś mi uciec? A ja mam dla ciebie żagle. I bosmana”.
Cały wywiad z Jerzym Jaszczukiem oraz 15 innych rozmów, a także kilkadziesiąt fotografii i kalendarium „Pogorii” znajdują się w książce Krzysztofa Romańskiego „Pogoria. Legenda Żaglowca”, która ukazał się nakładem wydawnictwa Nautica. Więcej informacji tutaj.