Europa to stalowy, trzymasztowy bark o długości całkowitej 56 metrów. Nazywany jest „wędrowcem oceanów” (Ocean Wanderer).
Statek wybudowano w 1911 roku w stoczni Stülcken-Werft w Hamburgu. Do 1977 roku pod nazwą Senator Brockers służył jako latarniowiec niemieckiej straży przybrzeżnej, stacjonujący na Łabie. Niszczejącą jednostkę w 1985 roku kupili Holendrzy. Ze zmianą właściciela przyszła też zmiana nazwy. Po długim remoncie w 1994 roku Europa zaczęła pisać nowy rozdział swojej historii – już jako żaglowiec. Charakterystycznym elementem jej ożaglowania są lizle, czyli dodatkowe żagle boczne, rozpinane na przedłużających reje wytykach. To nawiązanie do legendarnych 19-wiecznych kliprów herbacianych, dla których szybkość liczyła się ponad wszystko. Jednostka już dwukrotnie odwiedzała Polskę. W 2003 roku uczestniczyła w zlocie The Tall Ships’ Races w Gdyni, a cztery lata później w Szczecinie. W latach 2013-14 wraz z dwoma innymi holenderskimi żaglowcami – Teclą i Oosterschelde – opłynęła świat.
Pod koniec lat 90. holenderski armator jednostki wpadł na pomysł wyprawy na Antarktydę. Pierwszy lodowy rejs odbył się w na przełomie 2000 i 2001 roku. Okazał się tak wielkim sukcesem, że żaglowiec spędził na dalekim południu kolejnych siedemnaście sezonów (stan na rok 2018) – zawsze pomiędzy listopadem i lutym. Na Antarktydzie panują wówczas najmniej surowe warunki. Szczyt tamtejszego krótkiego lata przypada na styczeń. Trwa dzień polarny, podczas którego słońce nie zachodzi nawet na chwilę. Temperatura wzrasta do nawet kilku stopni powyżej zera. Na wybrzeżach topnieją śniegi, a choć po powierzchni morza dryfuje lodowa kra, możliwa jest w miarę swobodna żegluga.
Na czas antarktycznych wojaży bazą dla Europy jest Ushuaia w Argentynie. To najdalej na południe położone miasto świata i port leżący najbliżej okrytego złą sławą przylądka Horn. W każdym sezonie organizowane są co najmniej cztery trzytygodniowe rejsy, podczas których statek przechodzi przez cieśninę Drake’a oddzielającą Ziemię Ognistą od Półwyspu Antarktycznego. Potem wędruje wzdłuż wybrzeży najzimniejszego z kontynentów, stawiając żagle kiedy to tylko możliwe. Silnik uruchamiany jest wyłącznie wtedy, gdy jest to naprawdę konieczne. Każdego dnia Europa zatrzymuje się w innym miejscu. W krainie lodu nie można oczywiście liczyć na nabrzeża z prawdziwego zdarzenia, dlatego schronieniem dla barku są spokojne wody zatok, w których można rzucić kotwicę. W czasie przystanków załoga ma okazję zejść na ląd i podziwiać fantastyczne formacje skalne i niezwykle bogatą faunę. Albatrosy, tysiące pingwinów, różne gatunki fok, wieloryby – wszystko to na wyciągnięcie ręki. Oprócz bliskości zwierząt, najbardziej imponują fantastyczne formacje skalne i pokryte śniegiem góry.
Podczas antarktycznych rejsów niezwykle istotna jest wachta „na oku”. W nowoczesnej żegludze, wykorzystującej dobrodziejstwa radarów i echosond, straciła ona na znaczeniu. Jednak na Morzu Weddella powierzenie swojego losu bezdusznej maszynie to najkrótsza droga do katastrofy. Tam wciąż niezastąpiony jest człowiek. Na Europie zainstalowano nawet specjalne dodatkowe światła na dziobie, by ułatwić wypatrywanie przeszkód.
– Żeglujemy z prędkością około 6 węzłów. To jakieś 10 kilometrów na godzinę, co w przeliczeniu daje 167 metrów na minutę. Jeśli więc 200 metrów przed dziobem zobaczymy górę lodową, mamy tylko nieco ponad minutę na reakcję – tłumaczy Saco, uczestnik rejsu w 2016 roku.
W drodze powrotnej z Antarktydy holenderska jednostka odwiedza Południową Georgię. Na tej wyspie obowiązkowym punktem programu jest wizyta na grobie Shackletona w Grytviken. Według obyczaju, będąc tam trzeba wznieść toast za spokój duszy słynnego polarnika. Najlepiej szklaneczką dobrej irlandzkiej whiskey. Oczywiście z lodem.
Oprócz stałej załogi, w skład której wchodzą m.in. dwaj zawodowi przewodnicy turystyczni, w antarktyczne rejsy „Europa” może zabrać 40 osób. Pokład otwarty jest przed każdym, kto czuje się na siłach zmierzyć z trudnymi warunkami atmosferycznymi. Za uczestnictwo w wyprawie trzeba zapłacić między 6,6 a 9 tysięcy euro. Organizatorzy nie mają kłopotów z frekwencją. Na niektóre rejsy miejsca kończą się nawet dwa lata wcześniej. Nie ma co się dziwić, bowiem wrażenia są niesamowite. Warto dodać, że jeden z amerykańskich portali umieścił antarktyczną wyprawę na Europie na liście 7 podróży, które trzeba odbyć, zanim będzie się mieć dzieci.