Podczas gdy w stoczni w Hamburgu trwa remont legendarnego żaglowca Peking, jego model zbudowany z klocków LEGO można oglądać w muzeum.
Imponująca reprodukcja historycznego czteromasztowca pływającego w latach 30. na latającej linii „P” firmy żeglugowej F. Laeisz pozostanie na wystawie w Muzeum Morskim w Hamburgu do 31 sierpnia. Model w skali 1:75 to dzieło Jensa Georga Feierabenda. Na co dzień jest prawnikiem, a budowanie z klocków LEGO to jego hobby. Ma już na swoim koncie kilka podobnych realizacji. W jego kolekcji są nawet większe modele statków: lodołamacza Stettin, pasażerskiego Commodore czy duńskiej fregaty Jylland. Praca nad Pekingiem trwała 3 miesiące. Co ciekawe, autor nie miał do dyspozycji żadnych planów i rysunków technicznych, wzorował się wyłącznie na zdjęciach. Budował metodą prób i błędów, bez wcześniejszego projektowania na komputerze. Dlatego też nie wie, ilu dokładnie użył klocków. Pewne jest jednak to, że wszystkie części są oryginalne, łącznie z linkami imitującymi takielunek.

Przypomnijmy, liczący ponad 107 lat Peking to jeden z najsłynniejszych żaglowców świata. Jest też jednym z największych – jego długość to 115,5 metra, czyli zaledwie 2 metry mniej od Sedova. Do macierzystego Hamburga powrócił po 85 latach. Wcześniej, przez cztery dekady był ozdobą Manhattanu, pełniąc rolę statku-muzeum. Z czasem jego stan techniczny pogorszył się na tyle, że niezbędny stał się generalny remont. Amerykanie nie mieli dostatecznych środków na ten cel, dlatego zdecydowali się oddać jednostkę stronie niemieckiej. Rząd naszych zachodnich sąsiadów zobowiązał się pokryć koszty gruntownej renowacji i skomplikowanego logistycznie przeprowadzenia Pekinga przez ocean na pokładzie specjalistycznej jednostki Combi Dock III. Prace konserwatorskie potrwają co najmniej do 2020 roku. Odnowiony żaglowiec stanie się ozdobą hamburskiego Muzeum Morskiego.
Historia Pekinga
Peking powstał w słynnej, istniejącej do dziś, stoczni Blohm und Voss w Hamburgu. Dołączył do floty firmy F.Laeisz w 1911 roku. Armator ten wbrew powszechnym wówczas w żegludze towarowej trendom, zamiast na parowce, konsekwentnie stawiał na żaglowce, którym nadawał nazwy zaczynające się od litery „p”. Na 4 masztach Pekinga stawiono 32 żagle o łącznej powierzchni 4,1 tys. metrów kwadratowych. Dzięki temu jednostka mogła rozpędzić się do 18 węzłów – nawet wtedy, gdy jej ładownie wypełnione były pięcioma tysiącami ton towaru. Mimo imponujących rozmiarów statek obsługiwała stosunkowo nieliczna – 31-osobowa – załoga, która wszystkie czynności musiała wykonywać ręcznie. Peking nie posiadał bowiem ani silnika, ani też żadnych mechanicznych udogodnień. Ewentualne naprawy musiały być robione przez załogę podczas rejsu, nawet w największych sztormach, bo na przystanki w portach po drodze nie można było sobie pozwolić. To opóźniłoby dostarczenie towaru i wiązało ze stratami finansowymi. Czas był najważniejszy. Ważniejszy nawet niż bezpieczeństwo poszczególnych członków załogi.
– Przepisy bezpieczeństwa? Nie było takiego pojęcia. Po prostu uważaj na siebie w każdej sytuacji, a wszystko będzie dobrze, to wszystko, co można było usłyszeć od kapitana – wspominał Irving Johnson – Amerykanin, który w 1929 roku zamustrował na jeden z rejsów i w jego trakcie nakręcił film dokumentalny.

Horn i ptasie odchody
Zwyczajowo Peking kursował drogą wokół przylądka Horn pomiędzy Hamburgiem i Valparaiso w Chile, skąd przywoził… ptasie odchody, używane w Europie jako nawóz. Wraz z rozwojem przemysłu chemicznego, popyt na południowoamerykańskie guano spadał. Laeiszowie szukali więc innych rynków – wozili banany, jęczmień i pszenicę. Otwarcie Kanału Panamskiego sprawiło jednak, że eksploatacja żaglowców nawet na długich dystansach przestała się opłacać. Wycofanie Pekinga z żeglugi handlowej stało się kwestią czasu. W 1932 roku statek został sprzedany do Anglii. Zmieniono mu nazwę na Arethusa, przebudowano i zacumowano w Lower Upnor w hrabstwie Kent. Jego pokład stał się siedzibą szkoły dla chłopców, a na jej inaugurację przybył sam król Jerzy VI.

Pomocna dłoń z Ameryki
W latach 70. starzejącą się jednostkę planowano oddać na złom. Przed pocięciem na żyletki uchronili ją Amerykanie, a konkretnie Jack Aron. Biznesmen, który majątek zbił na handlu złotem i kawą, a sentyment do morza wyniósł z wojennej służby w US Navy, kupił żaglowiec za 70 tys. funtów, przywrócił mu pierwotną nazwę i sprowadził do Nowego Jorku. 23 listopada 1975 roku Peking zacumował przy nabrzeżu nr 16 na Dolnym Manhattanie. New York Times tak opisywał ten historyczny dzień: „Tankowce, promy i holowniki syrenami pozdrawiały przepływający żaglowiec, nad którym unosiły się helikoptery. O 9.45 statek pożarniczy postawił kurtynę wodną, którą rozwiewał wiatr, podczas gdy Peking dobijał do kei przy akompaniamencie wiwatujących gapiów i orkiestry grającej utwór „Anchors Aweigh”.” I tak czteromasztowy windjammer, choć wcześniej z Nowym Jorkiem nie miał nic wspólnego, stał się ważnym eksponatem mającego ambicje stworzenia kolekcji historycznych żaglowców South Street Seaport Museum. Pokład byłego statku Laeiszów rokrocznie odwiedzały tysiące turystów, a jego odbijające się w witrynach drapaczy chmur reje na cztery dekady wpisały się w panoramę Manhattanu. Tak było aż do XXI wieku, gdy starzejąca się jednostka stanęła przed koniecznością generalnego remontu.
Legendarne żaglowce
Oprócz Pekinga zachowały się jeszcze trzy windajammery należące niegdyś do Laeiszów. Dwa z nich to dziś muzea: Pommern cumuje w Mariehamn na wyspach Alandzkich, a bliźniak Pekinga – Passat w Travemunde. Jedyny, który wciąż pozostaje w czynnej służbie, to Padua, która po 2 wojnie światowej trafiła do Związku Radzieckiego i teraz znana jest pod nazwą Kruzenshtern.
Słuchajta ludziska, przestańcie wy się wygłupiać z modelami z LEGO, bo to LEGO to w tym kontekście szmelc, nienadający się o użytku. Jego czteromasztowa wysokość na pewno nie jest TAK KANCIASTY. Żeby było śmieszniej, to powiem, że ów PEKING to zdaje się siostrzyca (i to chyba bliźniaczka?) stojącego w Travemuende PASSATA.
Wspaniała praca z Lego. Wiadomo, że pewnych niuansów kadłuba nie da się oddać w 100 %, ale to jest właśnie najwyższa sztuka budowania modeli – dopasować istniejące klocki Lego i z nich stworzyć replikę. Twórcy żaglowców z Lego mają o wiele cięższy orzech do zgryzienia niż budujący modele z drewna, bo są ograniczeni kształtami istniejących klocków i muszą się sporo nakombinować, by powstała piękna praca. Do tego trud zebrania tysięcy klocków w odpowiednich kolorach i kształtach. Szacunek dla autora. Czekamy na Dar Młodzieży z Lego, ale to byłby hardkor niesamowity, bo przyjmując skalę ludzika lego (orientacyjnie, że 4 cm ludzik to człowiek ok.1,8 metra), to taka replika musiałby mieć około 2 metrów…