Trzeci i ostatni fragment książki Krzysztofa Romańskiego „Pogoria. Legenda Żaglowca”. Tym razem zapraszamy do lektury części rozmowy z jednym z najpopularniejszych polskich kapitanów.
Janusz Zbierajewski, nazywany powszechnie „Zbierajem”, zaczynał jako dziennikarz. Kapitanem początkowo był hobbystycznie. Dziś w środowisku żeglarskim jest człowiekiem-instytucją, bohaterem niezliczonych anegdot, a jego słynny regulamin obowiązuje na co drugim jachcie. To dzięki jego skłonności do żartów mityczna stajnia na „Pogorii” nabrała rzeczywistego wymiaru.
Na „Pogorię” trafiłeś dość szybko. Prowadziłeś statek przez cały sezon w 1981 r. Pływaliście z młodzieżą po Bałtyku.
W tygodniowe rejsy zabieraliśmy młodzież z Bractwa Żelaznej Szekli. Wtedy jeszcze wszyscy się wszystkiego bali. Ja też. Nie morza, tylko tych rei. Dziś dolną granicą wieku na żaglowcu jest 15 lat. A wtedy najstarszy chłopak był w tym wieku. W Bractwie Żelaznej Szekli była młodzież od 13. do 15. roku życia. Bombramreja jest na wysokości 30 m. To jest dziewiąte piętro. I ja mam tam posłać tych małolatów? Pierwsze, co zrobiłem, gdy jeszcze „Pogoria” stała w stoczni, to wieczorem, kiedy nikt nie widział, sam wlazłem na maszt, żeby zobaczyć, czym to grozi. Wlazłem, zlazłem – niczym nie groziło. Dopiero po paru rejsach zrozumiałem, że to ja jestem trzydziestoparoletni stary zgred. Zapomniał wół, jak cielęciem był. Co ja robiłem w ich wieku na wakacjach? Ano właziłem na drzewa, chociaż mama zabraniała. A teraz to oni są na wakacjach, mają takie wspaniałe drzewo – trzydzieści parę metrów. I nie dość, że nikt nie zabrania, to jeszcze zachęcają. No to włazimy! Kiedy ta młodzież przyjeżdżała w niedzielę wodolotem z Jastarni po obozie na wiosełkach, to co najmniej przez dwie pełne doby trzeba było ich szkolić. W związku z tym w morze wychodziło się na ogół dopiero we wtorek. A w sobotę, najdalej w niedzielę rano, trzeba było wrócić. No to gdzie przez te cztery dni dojdziesz? Dwa–trzy razy udało się dojść do Świnoujścia, ale tylko dlatego, że wiatry były sprzyjające. Jeśli widziałem prognozę: „Dwa dni będzie wiało ze wschodu, potem się obróci”, to pod pełnymi żaglami gnałem do Świnoujścia, tam dzień zwiedzania, i z zachodnim wiatrem z powrotem. Jeśli prognozy były mniej korzystne, to po prostu kręciliśmy się w morzu.
To w Świnoujściu miałeś zatarg z pogranicznikami?
Rok wcześniej pływałem na „Zewie Morza”, głównie w okolicach Szczecina. Ze wszystkimi się tam znałem, bo rozmawialiśmy na ukaefce. Z wopistami, z celnikami, z kapitanatem. W Świnoujściu odbywała się odprawa graniczna – w rejsach krajowych też trzeba było ją przejść. Zaraz przy wejściu do portu, przy latarni, był budynek WOP-u, a przy nim niska keja – odpowiednia głównie dla kutrów rybackich i jachtów. Jeśli się tam stawało większą jednostką, a jakiś statek przechodził torem wodnym, to fale rzucały kadłub na nabrzeże. Dogadałem się więc z dowództwem WOP-u, że nie będę tam stawał, tylko szedł od razu na docelowe nabrzeże Władysława IV i tam będą mnie odprawiać. Musiałem tylko wcześniej wywołać przez radio kapitanat, bo WOP jedynie prowadził nasłuch – nie mógł się odzywać. Po otrzymaniu informacji ode mnie kapitanat dzwonił do WOP-u i sprawa była załatwiona. Tak było za każdym razem, gdy szedłem „Zewem Morza”. W następnym roku, gdy pływałem na „Pogorii”, mieliśmy powtórzyć ten patent. Wchodzę do Świnoujścia około północy, wcześniej, zaraz przed główkami, wywołałem kapitanat portu. Oni poprosili o chwilę, zadzwonili do WOP-u i wracają z informacją, że wszystko ustalone. „WOP się zgadza, żeby wejść od razu na nabrzeże Władysława IV”. No to idę. Nie ma wiatru, cisza, spokój, powoli płynę na silniku. Minąłem ten punkt odprawy, a tu nagle – bum! – w niebo leci zielona rakieta. Za nią – bum! – druga. Znaczy to ni mniej, ni więcej: „Straż Graniczna, zatrzymać statek!”. Pokazałem w stronę WOP-u gest Kozakiewicza i idę dalej. Przecież nie będę teraz na wstecznym jechał, a poza tym mam zgodę! Idę dalej, a po 100 metrach słyszę jakiś straszliwy ryk. Motorówka WOP-owska na całej naprzód płynie prosto na mnie. Zatrzymuje się pięć metrów od rufy, tuż przed wielkim napisem „Pogoria”. Słyszę, jak przez tubę ktoś wrzeszczy: „Nazwa jachtu!”. No to ja też wziąłem tubę, odwróciłem się i krzyknąłem: „Spierdalaj!”. Zapadła cisza. Po chwili motorówka dała całą wstecz i odjechała. Wyglądało na to, że wykonali moje polecenie. Zacumowaliśmy, a rano, po śniadaniu, przyjeżdża dwóch poruczników z WOP-u. Pytam się: „Panowie, co to za nocne wygłupy? Jakieś rakiety za mną strzelacie, motorówkami ścigacie”. „Głupio wyszło, panie kapitanie. Stał taki ze służby czynnej na straży. Przecież to głupsze, niż ustawa przewiduje. Gdy do mnie zadzwonił kapitanat, wyraziłem zgodę, tak jak się umawialiśmy. Ale nie sądziłem, że pan tak szybko wejdzie do portu. Jeszcze nie zdążyłem przekazać, kiedy dzwoni do mnie żołnierz z tej stróżówki i melduje, że wchodzi jakiś jacht i się nie zgłasza do odprawy. Coś mnie tknęło i spytałem: »Pogoria«? Żołnierz mówi, że nie może odczytać, to powiedziałem, żeby zatrzymać”.
A potem nastąpił twój rozbrat z „Pogorią”?
Tak, udałem się na roczny kontrakt do Włoch. Wyjechałem w listopadzie 1981 r., a w grudniu wybuchł stan wojenny. Na „Pogorię” wróciłem dopiero w latach 90., chociaż też nie od razu.
A jak to było z tym słynnym koniem?
Wiadomo z historii, że kiedy władza czuje się zagrożona, urządza ludowi igrzyska, aby ten miał jakieś zajęcie i odsunął od siebie głupie pomysły. Za czasów Nerona władza rzucała chrześcijan na pożarcie lwom. W Polsce Ludowej nie dało się tego zrobić. Wprawdzie chrześcijan było pod dostatkiem, ale deficyt lwów był duży. Władza ludowa postanowiła więc odwrócić sytuację i rzucić chrześcijanom lwa na pożarcie. Idealnym lwem okazał się Maciej Szczepański, prezes Radiokomitetu, ksywa „Krwawy Maciek”. Nie cierpieli go w radiu i telewizji, bo wyrzucił z roboty co najmniej kilkaset osób. Nie był również lubiany w Komitecie Centralnym, bo był osobistym przyjacielem Gierka, więc kiedy czegoś potrzebował, podnosił słuchawkę rządowego telefonu i do niego dzwonił, zamiast załatwiać drogą służbową. Świeżo powstała, choć jeszcze formalnie niezarejestrowana, „Solidarność” umieściła na tablicy ogłoszeń w telewizji na Woronicza notatkę pod tytułem Luksusowy jacht prezesa. Z treści wynikało, że Szczepański za pieniądze Radiokomitetu, czyli nasze, zbudował sobie luksusowy jacht o nazwie „Pogoria”, w którym są marmurowe schody, galeria obrazów Malczewskiego, basen i stajnia dla konia. Następnego dnia te dyrdymały przedrukowała „Trybuna Ludu”, no i było pozamiatane. Był to pierwszy – i jedyny – przypadek, kiedy „Trybuna Ludu” pisała to samo co „Solidarność”. Nigdy więcej to się nie powtórzyło.
Od tej pory naród uwierzył w stajnię. Z tą różnicą, że część narodu powoływała się na autorytet „Solidarności”, a inna część na autorytet „Trybuny Ludu”. Oburzenie było powszechne. Naród zniósł z godnością marmurowe schody, galerię obrazów i basen, ale stajnia dla konia? To już było za dużo! Prasa domagała się sprzedaży tego imperialistycznego wynalazku za granicę, dzięki czemu do skarbu państwa wpłyną cenne dewizy. „Pogorię” uratowali wtedy stoczniowcy gdańscy. Ale sprawa stajni ciągnęła się jeszcze za statkiem długo. Zwłaszcza gdy latem wchodziliśmy do Gdyni, po skwerze Kościuszki szła wieść gminna: „O, płynie jacht prezesa!”. Lato było upalne, turystów mrowie, przy podchodzeniu do nabrzeża asystowało mi parę tysięcy ludzi. Kiedy załoga szkolna się wyokrętowała, zaczynały się pytania: „Gdzie jest ta stajnia dla konia?” „Tu nie ma żadnej stajni”. „Jak to nie ma? Przecież »Solidarność« pisała, że jest”. „Szefem »Solidarności« jest pan Wałęsa. Niech go pan zapyta, dlaczego jego ludzie piszą bzdury”. „Ale przecież »Trybuna Ludu« pisała, że jest”. „Naczelny »Trybuny« nazywa się Barecki. Urzęduje w Warszawie na placu Starynkiewicza. Telefon jest w stopce gazety. Niech pan zadzwoni do niego i zapyta, dlaczego organ naczelny Komitetu Centralnego łże”. „A można zobaczyć, co jest pod pokładem?” „Nie, bo załoga wysprzątała statek i czekamy na nową młodzież”. „Musi coś tam być, skoro nie chcecie nas wpuścić!”
Czasy były takie, że jeśli parę tysięcy ludzi prosiło cię o coś na ulicy, to lepiej było się zgodzić. No więc dobrze. Kolejka, po trapie, na dziób, zejściówką dziobową na dół, przejście przez cały statek i wyjście schodami rufowymi na pokład. Zeszli, przeszli, wyszli. „E, zwykły żaglowiec, nawet dość prymitywny”. „Przecież mówiliśmy”. „To dlaczego »Solidarność« pisała…” „Pretensje proszę do pana Wałęsy”. „To dlaczego »Trybuna Ludu« pisała…” „Do pana Bareckiego…” W ten sposób 300 czy 400 osób przekonało się, że żadnej stajni nie ma, ale pozostałe parędziesiąt milionów dalej w nią wierzyło. I tak było co tydzień, a nawet częściej, bo czasem wchodziliśmy do jakiegoś portu i tam historia się powtarzała.
W każdym porcie to samo?
Ten sam schemat. Któregoś razu, wracając na statek i przeciskając się przez tłum, słyszę, jak jeden nieźle przytruty facet mówi do drugiego: „No i ch… Ale jak już była ta stajnia, to po co ją zlikwidowali? Mogłaby se młodzież pojeździć na koniach…” W dniu 15 lipca 1981 r. przypadała 20. rocznica podniesienia bandery na „Zawiszy Czarnym”. Uroczystości miały się odbyć w Kołobrzegu. Harcerze z CWM [Centrum Wychowania Morskiego ZHP – armator szkunera „Zawisza Czarny” – przyp. KR] namówili mnie, żeby tego dnia też wejść do Kołobrzegu. Dwa żaglowce to zawsze większa atrakcja niż jeden, a poza tym warto, żeby te dwa statki wreszcie się spotkały. Wcześniej nigdy nie stały obok siebie. Wszedłem. „Zawisza” stał zacumowany na honorowym miejscu. Ustawiłem „Pogorię” skromnie za rufą jubilata, żeby go nie przyćmiewać. Kiedy uroczystości się skończyły, wszyscy chcieli koniecznie obejrzeć „luksusowy jacht prezesa”. Tradycyjnie: kolejka, zejście, przejście i wyjście. Trwa to i trwa, kolejka kończy się pod latarnią morską i nie maleje, bo po Kołobrzegu rozniosła się fama, że w porcie jest „jacht prezesa” i można go zwiedzać. Mamy już tego po dziurki w nosie, kombinujemy, jak by tu pod byle pretekstem zwiać, aż tu nagle na nabrzeżu pojawił się fotograf wczasowy z kucykiem zaprzęgniętym do małego wózka. Sadza się dziecko na kucyku, fotka na tle latarni morskiej i pamiątka z Kołobrzegu gotowa. Wpadłem wówczas na szampański pomysł. To znaczy wtedy wydawał mi się szampański, dopiero znacznie później okazało się, że był nie szampański, tylko kretyński. Dałem chłopakom ze stałej załogi krawat z logo Bractwa Żelaznej Szekli, mówiąc: „Idźcie do tego fotografa, dajcie mu krawat jako prezent od kapitana i poproście, żeby wyprzągł kucyka i wprowadził go na pokład”.
Już wtedy wiedziałeś, co to small corruption set.
Fotograf „zaskoczył” i zaczął wyprzęgać kuca. Ja w tym czasie zszedłem do kabiny i przebrałem się za „prawdziwego kapitana”: biała czapa z kapustą, lampasy, akselbanty i inne duperele mundurowe. Wziąłem od kucharza garść kostek cukru i wyszedłem na pokład. Burta „Pogorii” stała na wysokości nabrzeża, więc kucyk bez problemu dał się wprowadzić po drewnianym trapie. Przykląkłem na jedno kolano, bo zwierzak był wielkości większego psa, i zacząłem go karmić kostkami cukru, głaszcząc po grzywie drugą ręką. Na „Pogorii” byli akurat dwaj dziennikarze z gdańskiej telewizji: Marek Kański i Michał Dąbrowski. Robili wstawkę do „Dziennika Telewizyjnego” o jubileuszu „Zawiszy”. Nie trzeba im było nic mówić. Marek złapał za kamerę, a Michał podsunął mi „sitko”: „Co robi na pokładzie ten koń, panie kapitanie?” „Jestem kapitanem »Pogorii« od kilku miesięcy i nigdy nie widziałem żadnego konia – mówię do kamery z twarzą pokerzysty – ale co tydzień na skwerze Kościuszki w Gdyni parę tysięcy ludzi się upiera, że tu jest stajnia. Kazałem więc stałej załodze dokonać dokładnego przeszukania całej jednostki, od zęzy po topy masztów. No i znaleźli! Małe to takie, stało w maszynowni między silnikiem głównym a agregatem. A ponieważ czytałem książkę Gustawa Morcinka »Łysek z pokładu Idy« i wiem, że to biedne zwierzę oślepło, żyjąc latami w kopalnianych ciemnościach, postanowiłem wyprowadzić konia na pokład. Niech odetchnie świeżym powietrzem i popatrzy na zieleń. Potwierdzam więc, że jest koń na »Pogorii«”.
Załoga tarzała się ze śmiechu po pokładzie, publiczność na nabrzeżu, Marek i Michał skończyli nagranie. Kilka dni później przyszedł Bohdan Sienkiewicz: „Ale draka! Wysłaliśmy to nagranie do Warszawy i tam już były dwa posiedzenia kierownictwa Radiokomitetu, czy to można puścić, bo wicie-rozumicie, może to być źle odebrane przez klasę robotniczą”. Po jakimś czasie, o czym dowiedzieliśmy się znacznie później, zapadła decyzja na najwyższym szczeblu, że materiał można puścić, ale tylko w Telewizji Gdańsk, tylko w niedzielę, tylko po południu i tylko w programie „Panorama”. Myśmy o tym nie mieli pojęcia, bo na „Pogorii” nie było telewizora. Ale chłopcy z załogi stałej mieszkający w Trójmieście noce weekendowe spędzali w domach. W poniedziałek rano przyszedł Marek Kleban. Patrzę na niego i widzę, że coś jest nie tak. „Mareczku, co ci się stało?” – wykazałem się obłudną troską. „Ten naród zginie z powodu braku poczucia humoru” – warknął Marek. „Jestem w stanie przyznać ci rację – powiedziałem – ale z czego to wnosisz?” „Bo wczoraj w Panoramie puścili ten nasz wygłup z Kołobrzegu. Wyszło fantastycznie. Tarzaliśmy się z Bożeną po kanapie ze śmiechu. A dzisiaj wychodzę rano do roboty, dorwała mnie na klatce schodowej sąsiadka. I z pretensjami: »Panie Kleban, co żeś mnie pan robił w konia na temat konia? Jak to nie ma? Sama widziałam. W telewizji pokazywali. Jest koń na Pogorii«!”.
Odnoszę wrażenie, że ta historia ma jeszcze epilog.
Minęły lata. „Pogoria” już była w STAP-ie. Na jesieni któregoś roku zapadła decyzja, że doroczne zebranie odbędzie się w Helu. W czasie wieczornej imprezy, kiedy rozmowy zeszły na temat „Pogorii”, jedna z kapitańskich żon zapytała mnie, czy to prawda, że wprowadziłem na pokład konia. Gdy potwierdziłem, okazało się, że większość kapitanów nie zna tej historii. Poproszony – opowiedziałem. A wtedy świętej pamięci Zbyszek Pieńkawa ku memu zaskoczeniu stwierdził: „Wiesz, gdyby cię wtedy dorwał Choreń, to by cię udusił własnymi rękami”. „Dlaczego i za co? Nigdy z Zygmuntem nie mieliśmy nawet najmniejszej sprzeczki”.
Zbyszek opowiedział mi dalszy ciąg tej historii. Otóż Zygmunt Choreń miał znajomą panią profesor jednej z gdańskich uczelni. Była to osoba dostojna, pochodząca z dobrego domu z fortepianem, maniery nienaganne, „fhancuski perfekt”. Przy okazji jakiegoś spotkania pani profesor zapytała: „Panie Zygmuncie, wszyscy mówią o stajni dla konia na »Pogorii«. Czy pan tam projektował jakąś stajnię?” „Ależ pani profesor, to są jakieś idiotyczne plotki. Na »Pogorii« nie było, nie ma i nie będzie żadnej stajni”. „Dziękuję” – powiedziała ze zrozumieniem pani profesor. Odtąd kiedy rozmowy towarzyskie schodziły na jacht prezesa, odbywało się w tym stylu: „Droga Basiu, ja znam osobiście pana Chorenia i on mnie zapewniał, że tam nie ma żadnej stajni”. „Ależ droga Krysiu, przecież pisali, że jest”. I tak w kółko. Nikt nie miał innych argumentów niż: „Bo tak!”. Po jakimś czasie pani profesor znów spotkała Chorenia i powiedziała: „Panie Zygmuncie, ja mówię wszystkim, że na »Pogorii« nie ma stajni, a wszyscy się upierają, że jest. Czy pan może mi dać słowo honoru?” Choreń oczywiście dał słowo. „Na »Pogorii« nie było, nie ma i nie będzie żadnej stajni”.
„Dziękuje, wierzę panu” – odparła pani profesor. To było w sobotę. A w niedzielę włączyła telewizor i zobaczyła, jak kapitan Zbierajewski karmi konia na „Pogorii”. W poniedziałek pani stanęła w progu pracowni, przeszyła Chorenia wzrokiem takim, że słynny wzrok Bazyliszka mógłby być uznany co najwyżej za czułe spojrzenie pełne miłości, i wycedziła przez zaciśnięte zęby: „Panie Zygmuncie, na nikim w życiu tak się nie zawiodłam jak na panu”. Po czym trzasnęła drzwiami. Cóż, nie dziwię się Zygmuntowi. Ja też bym w tej sytuacji chciał udusić Zbierajewskiego.
Dobrze, że nie wszedłeś wtedy w drogę inżynierowi Choreniowi. Dzięki temu w pełni formy mogłeś wrócić na „Pogorię”.
Lata 90. to były już inne czasy. Armatorzy zlikwidowali etat kapitana. Co rejs, to statek prowadził ktoś inny. Byłem jednym z ostatnich etatowych kapitanów „Pogorii”. Potem jeszcze tylko Andrzej Marczak miał etat. Teraz z etatowej załogi zostali mechanicy, bosmani i kucharze, a kapitan brany jest z łapanki. To wywołało pewien pęd do prowadzenia „Pogorii”. Znalazło się sporo chętnych do tego, żeby móc powiedzieć: „Prowadziłem »Pogorię«”. A że groziło to śmiercią lub kalectwem, to już inna sprawa. Było dużo ludzi, którym się wydawało, że umieją tym manewrować. To dlatego wyszedł w końcu wewnętrzny przepis, że przed wejściem i wyjściem z portu należy obowiązkowo zrzucić ponton i używać go jako steru strumieniowego na dziobie i na rufie. Potem STAP przestał się już certolić i wydał polecenie, że kapitan ma nie manewrować. Manewruje mechanik. Z jednej strony to dobrze, bo mechanicy mają manewry w małym palcu, ale to wbrew sztuce i regułom morskim. Chociaż że tak jest bezpieczniej, to się zgadzam.
Ile rejsów prowadziłeś na „Pogorii”?
Kilkadziesiąt.
Zdarzało ci się dowodzić „Pogorią” w regatach.
Tak, ale dla mnie to żadne emocje. Czy ja wyglądam na faceta, któremu się spieszy? Jeśli komuś się spieszy, to trzeba być kompletnym idiotą, żeby wsiadać na statek żaglowy. Lepszy jest odrzutowiec. W regatach na „Pogorii” startowałem bez większych osiągnięć. Chociaż raz miałem sukces, bo wygrałem z „Kaliakrą”. Ona jest dużo szybsza, bo „Pogoria” jako pierwsza z serii ma wadę. Jej pawęż rufowa jest mocno zanurzona, więc kilwater ma szerokość półtora metra i rufa ciągnie wodę za sobą. Już w „Iskrze” Choreń to poprawił, a „Kaliakra” ma w ogóle całą pawęż nad wodą, tylko kil zanurzony jest w wodzie. W związku z tym na każdym kursie „Kaliakra” spokojnie „Pogorię” wyprzedza. To były regaty z A Coruñi do Southampton. Nic nie wiało, cisza. Kapitan „Kaliakry” postanowił zrobić wszystkich w konia i nie szedł „na szagę” przez Biskaje, tylko ruszył szukać wiatru przy brzegu. Wiedział, że tam rano i wieczorem będzie miał bryzę. I rzeczywiście – długo prowadził, aż wreszcie po paru dniach to nam w końcu przywiało, a jemu „w mordę”, tak że został z tyłu. Wygrałem więc z „Kaliakrą”, ale to tylko dzięki temu, że on popełnił błąd, a nie dlatego, że to ja jestem taki dobry. Co drugi głupi ma szczęście, a ja mam, bo jestem parzysty głupi.
Bez nadmiernej skromności. Szczęściu trzeba czasem pomóc.
Innym razem podczas regat postanowiłem zrobić numer. Pod Brestem jest taka wyspa Belle-Île. Właśnie ją opływaliśmy, kiedy minęła godzina ósma, czyli moment, kiedy raportuje się swoje pozycje do dyrekcji regat. Mówię do „Gafla”, który był bosmanem i prowadził komunikację radiową: „Stary, podaj, że jesteśmy nie przed wyspą, tylko za nią, w cieśninie”. Pomyślałem, że przy takich odległościach trzy mile w tę czy w tamtą stronę różnicy nie zrobią. On tak podał, no i zrobił się szum. Potem w Southampton wszyscy kapitanowie mnie pytali: „Dlaczego poszedłeś przez tę cieśninę? Przecież to dalej”. Ja mówię: „Jak to dlaczego? Przecież tam jest najlepsza plaża nudystek! Chciałem sobie popatrzeć przez lornetkę”.
Cały wywiad z Januszem Zbierajewskim oraz 15 innych rozmów, a także kilkadziesiąt fotografii i kalendarium „Pogorii” znajdują się w książce Krzysztofa Romańskiego „Pogoria. Legenda Żaglowca”, która ukazał się nakładem wydawnictwa Nautica. Więcej informacji tutaj.
23.07.2020 r.
Fotografia w nagłówku: Krzysztof Kamiński