Najmniejszy polski żaglowiec rejowy Kapitan Głowacki znalazł nabywcę. To firma 3 Oceans, która kupiła statek za kwotę 150 tys. zł. Jednostka, której stan jest fatalny, ma zostać wyremontowana i powrócić do regularnej żeglugi.
Mało kto spodziewał się takiego obrotu sprawy. Wydawało się, że sprawa jest już przesądzona i popularny „Głowaś” nie wróci do pływania. Właściciel jednostki – Polski Związek Żeglarski – na początku roku doszedł do porozumienia ze Starostwem Powiatowym w Kołobrzegu. Statek miał trafić do tamtejszego Muzeum Oręża Polskiego, by po wyciągnięciu na ląd stać się eksponatem w skansenie morskim. Wszystko wydawało się ustalone, w międzyczasie jednak wybuchła epidemia koronawirusa i okoliczności się zmieniły. Ze względu na kryzys związany z pandemią projekt umieszczenia Kapitana Głowackiego w Skansenie Morskim został zwieszony. Ale PZŻ nie zamierzał odstąpić od próby zbycia żaglowca. Niewielu obserwatorów wierzyło, że na ogłoszony 23 kwietnia br. konkurs wpłynie jakakolwiek konkretna oferta, wszak żaglowiec wymaga kapitalnego remontu, wycenianego nawet na 2,5 mln zł. Wówczas do gry wkroczył Piotr Kulczycki, właściciel brygu Fryderyk Chopin.
– Pomyślałem, a właściwie dlaczego nie? Skoro można uratować tak zasłużoną jednostkę i na jej pokładzie realizować idee sail trainingu. Są tacy, którzy słysząc o moim pomyśle składali mi kondolencje zamiast gratulacji, ale sądzę, że sobie poradzimy! – śmieje się Piotr Kulczycki.
Według jego założeń jeszcze w czerwcu Kapitan Głowacki ma zostać przeholowany do Władysławowa. Pierwszy etap remontu – prace związane z renowacją kadłuba – ma się odbyć w tamtejszej stoczni Szkuner. Później prawdopodobnie żaglowiec trafi do Pucka, by dokończyć odnowę. Ile potrwa remont? Można zakładać, że co najmniej rok.
Najpierw Rutkowski, potem Głowacki
Historia Kapitana Głowackiego rozpoczęła się w 1944 roku w Świnoujściu. Jednostka powstała na bazie niedokończonego niemieckiego kutra dozoru wybrzeża. Polacy, którzy po zakończeniu wojny odnaleźli drewniany kadłub, próbowali doprowadzić budowę do końca, a gotową jednostkę wykorzystać do rybołówstwa. Gdy to się nie udało, w 1949 roku statek nabyło Państwowe Centrum Wychowania Morskiego i zleciło Stoczni Rybackiej w Gdyni jego przebudowę na żaglowiec. Otaklowany jako kecz gaflowy wszedł do służby 19 kwietnia 1951 roku pod nazwą Henryk Rutkowski. Banderę podniesiono w basenie jachtowym w Gdyni. Jednostka odbywała szkolne rejsy głównie po Bałtyku, rzadziej również po Morzu Północnym. Dowodził nią m.in. Kazimierz Jurkiewicz, późniejszy komendant Daru Pomorza. W latach 1959-1963 żaglowiec związany był z Trzebieżą, potem skierowano go do ośrodka szkolenia żeglarskiego Ligi Obrony Kraju w Jastarni. Na zachodnie Pomorze powrócił w 1970 roku i na kilka miesięcy zmienił nazwę na Biały Słoń.

Od 1975 roku żaglowiec czarterowany był przez Telewizję Polską na potrzeby szkolenia młodzieży z Bractwa Żelaznej Szekli Adama Jassera. Po pierwszym sezonie – we wrześniu 1975 roku – instruktorzy BŻS odbyli na nim rejs do Wielkiej Brytanii, który prowadził Aleksander Lipiński. Żeglarze odwiedzili wówczas Londyn oraz Brightlingsea, Amsterdam i Kopenhagę.
Okres intensywnej eksploatacji odbił się wyraźnie na kondycji „Rutka”. Konieczny był remont generalny, na który brakowało funduszy. Statek przez niemal dekadę (1976-1986) stał „na sznurku” i marniał. Do pływania powrócił dopiero w 1986 roku, odnowiony i przebudowany we Władysławowie na brygantynę. Zmieniono także kolor żagli na brązowy. Jednostka miała też możliwość stawiania lizli.
W 1997 roku właściciel – Polski Związek Żeglarski – zdecydował się na zmianę nazwy na Kapitan Głowacki. Działacza komunistycznego Henryka Rutkowskiego w roli patrona zastąpił zmarły w 1995 roku propagator żeglarstwa w Polsce Władysław Głowacki. Największy sukces Kapitan Głowacki osiągnął w 2014 roku, kiedy niespodziewanie, płynąc pod komendą kapitana Wojciecha Maleiki, triumfował w regatach The Tall Ships Races. Niestety, po obfitującym w regatowe laury sezonie żaglowiec stanął w Trzebieży, czekając na lepsze czasy. Funduszy na remont jednak jak nie było. W sierpniu 2016 roku sytuacja stała się dramatyczna. Cumująca przy kei, przeciekająca jednostka osiadła na dnie portowego basenu. Po jej podjęciu w październiku 2016 roku została przeholowana do Kołobrzegu, w którym przebywa do dziś. Całkowita długość jednostki to 30,7 m, wysokość jej masztów to 22,4 m, a powierzchnia żagli 337,5 m kw.

Uratował Chopina, teraz czas na „Głowasia”
Warto przypomnieć, że Piotr Kulczycki ma już na koncie uratowanie jednego żaglowca. Chodzi o wspomniany bryg Fryderyk Chopin. Wybudowany w 1992 r. w Gdyni dwumasztowiec przez lata borykał się z problemami finansowymi. Kulminacja kłopotów nastąpiła 29 października 2010 roku. Przy silnym sztormowym wietrze u wybrzeży Wielkiej Brytanii statek stracił oba maszty. Nikt z załogi na szczęście nie ucierpiał, ale perypetie, które jednostka przeżywała potem, mogłyby posłużyć za kanwę filmu sensacyjnego: aresztowanie w angielskim porcie Falmouth, problemy z ubezpieczycielem, który nie chciał wypłacić odszkodowania, proces wytoczony przez brytyjskich rybaków, domagających się sowitej zapłaty za odholowanie uszkodzonej jednostki do portu. Wtedy na pomoc statkowi zdecydował się przyjść Piotr Kulczycki – pasjonat morza i żagli, w tamtym czasie właściciel świetnie prosperującej firmy informatycznej.
Wyremontowany stalowy bryg znów ruszył na morze i wkrótce osiągnął wspaniałe regatowe sukcesy. W 2012 r. pod wodzą kapitana Tomasza Ostrowskiego zwyciężył w obu etapach The Tall Ships Races na trasie Saint Malo – Lizbona oraz La Coruna – Dublin. Był to pierwszy od 23 lat triumf polskiego żaglowca w klasie A. Kolejne zwycięstwa (pod wodzą kapitana Bartłomieja Skwary) przyszły w 2015 oraz 2019 roku. Czy Kapitan Głowacki również powtórzy kiedyś swój „tolszipowy” sukces?
Krzysztof Romański
9.06.2020 r.
Zdjęcie w nagłówku: mapio.net
Brawo Piotrze!
Kibicuję i bardzo chciałbym być członkiem załogi.
Polecam zobaczyć to ! Ciekawostka o STS Henryku Rutkowskim cyfrowa.tvp.pl/video/nauka-szkoly-i-uczelnie,zlota-szekla-rejs,59226240