W tym roku flagowym żaglowcem Reprezentacji Szczecina była Pogoria. Jak pod żaglami słynnej barkentyny poradziła sobie szczecińska młodzież? Zobaczcie naszą fotorelację.
Krzysztof Romański, 6.08.2021 r.
Od pierwszego finału The Tall Ships Races, który Szczecin zorganizował w 2007 roku, miasto wystawia swoją reprezentację na regaty. Rokrocznie to kilkadziesiąt osób, choć w czasie, gdy Szczecin był partnerem imprezy, zdarzały się grupy nawet ponaddwustuosobowe. Łącznie, w ten sposób miasto reprezentowało już ponad 1600 osób. Dla młodzieży to przygoda życia. Okazja do nawiązania znajomości, nabycia nowych umiejętności i zmierzenia się z morzem, co, zwłaszcza na początku, bywa trudne. Reprezentanci Szczecina rekrutowani są spośród ochotników, przy czym co najmniej połowa musi mieć mniej niż 25 lat. Przechodzą szereg szkoleń, m.in. z ceremoniału morskiego czy pierwszej pomocy. Podczas regat, mustrują na jednostki, z którymi miasto ma podpisaną umowę, biorą udział w rejsach, a w odwiedzanych portach ich zadaniem jest jak najlepsze reprezentowanie Szczecina i Polski. Od pierwszej edycji uczestnicy pokrywają część kosztów swojego udziału, resztę dofinansowuje miasto.
– Początki nie były łatwe. Staraliśmy się jakoś wyróżnić, znaleźć tożsamość. Pierwszym krokiem były jednolite pasiaste stroje w barwach Szczecina. Ale to nie wystarczało, żeby dobrze pokazać się w paradach załóg na ulicach miast. Z czasem doszły więc kolejne elementy. Chodzili z nami szczudlarze, zabieraliśmy instrumenty, tańczyliśmy poloneza, kapitan Daru Szczecina przebierał się za pluszowego Gryfusia, żonglowaliśmy piłkami w barwach miasta. Z nieśmiałej, mało żwawej grupy przeistoczyliśmy się w zgrany, spontaniczny, wchodzący w interakcję z publicznością, zespół – mówi Łukasz Wójcik, który od początku odpowiada za koncepcję i przygotowanie „tolszipowych” Reprezentacji Szczecina.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Szczecinianie zaczęli seryjnie zdobywać nagrody dla najlepiej prezentujących się załóg w ulicznych paradach, a wypowiadana niezliczoną ilość razy nazwa miasta szybko przestała być łamańcem językowym w odwiedzanych portach.
W tym roku żaglowcem flagowym Reprezentacji Szczecina jest Pogoria. The Tall Ships Races co prawda zostały odwołane, ale w ich miejsce zorganizowano Regaty Bałtyckie. Pierwsza grupa reprezentantów popłynęła do Tallinna. 21 lipca w Gdyni na pokład barkentyny wsiadła druga 41-osobowa tura, której miałem okazję towarzyszyć.

Po zaokrętowaniu, podzieleniu na cztery wachty, gdy każdy odnalazł swoją koję i ulokował bagaże w bakistach, przychodzi czas na zapoznanie się ze statkiem i szkolenie BHP. Bezpieczeństwo przede wszystkim. Dopiero potem można ruszać w drogę, chociaż pierwszego dnia Pogoria nie zapływa daleko. Zaraz za główkami gdyńskiego portu kapitan Artur Pierzyński wydaje rozkaz rzucenia kotwicy. Prognozy pogody na nadchodzącą noc nie są korzystne – ma wiać przeciwny wobec naszego kursu wiatr, co oznaczałoby konieczność halsowania albo pływania na silniku, a przecież nie na tym żeglowanie polega. Czas na redzie załoga wykorzystuje na próbne alarmy: opuszczenie statku i człowiek za burtą. W tym pierwszym chodzi o jak najszybsze stawienie się wszystkich na pokładzie, przy przypisanych do danej wachty tratwach ratunkowych. Każdy musi włożyć na siebie ciepłe ubrania i zabrać kapok. – Pamiętajcie, kamizelkę ratunkową zakładamy dopiero na pokładzie. Jeśli ktoś ubrałby ją pod pokładem i wdarłaby się tam woda, to nie miałby żadnych szans się wydostać – tłumaczy oficer. Zanim ogłoszono drugi alarm, kapitan niepostrzeżenie rzuca do wody żółtą bojkę z namalowanymi na niej flamastrem oczami i uśmiechniętymi ustami. – To starszy marynarz Wilson, który zawsze zgłasza się na ochotnika, żeby wylądować w morzu. Zobaczymy, jak szybko ktoś z pokładu zauważy, że znalazł się w wodzie – w konfidencji tłumaczy mi kapitan Pierzyński. Reakcja młodzieży jest błyskawiczna. „Człowiek za burtą!”, daje się słyszeć z kilku stron. Rozlega się głośny dzwonek, co natychmiast stawia wszystkich na nogi. Za reling leci koło ratunkowe i tyczka z czerwoną flagą, mającą ułatwić znalezienie nieszczęśnika. Do morza na specjalnych żurawikach opuszczany jest ponton, do którego wsiadają bosman i kuk. W mgnieniu oka docierają do „Wilsona”, podejmują go z wody i wracają na Pogorię. Tam już opiekę nad nim przejmują młodzi załoganci, którzy udzielają mu pierwszej pomocy i owijają w ciepłe koce.
Cała akcja zajęła 7 minut. Brawo! Chociaż zawsze może być lepiej. Wierzcie mi, nie chcecie znaleźć się w takiej sytuacji. Nawet najlepszy pływak, widząc jak oddala się jego statek, może wpaść w panikę. Dlatego tak ważne jest baczne obserwowanie morza, jak najszybsze alarmowanie i reagowanie – podsumowuje kapitan, który dwukrotnie w swojej karierze brał udział w prawdziwych alarmach „człowiek za burtą” (także jako ten ratowany).

Artur Pierzyński to bardzo doświadczony człowiek morza. Przez wiele lat służył w Marynarce Wojennej, z czego 10 lat na ORP Iskra, siostrze-bliźniaczce Pogorii. Pod żaglami wojskowej barkentyny miał okazję opłynąć świat w latach 1995-96. Dziś nabytym doświadczeniem uwielbia dzielić się z młodzieżą, z którą z miejsca łapie dobry kontakt. Nigdy nie podnosi głosu, nawet gdy przychodzi mu za coś skrytykować.
W południe 22 lipca pada komenda „Kotwica w górę!”. Pogoria bierze kurs na Kłajpedę. Wiatru wciąż jak na lekarstwo, więc statek idzie na silniku. Po minięciu Helu, na otwartym morzu, pokład zaczyna się delikatnie bujać. Błędniki osób, które w rejsie są pierwszy raz, momentalnie czują, że coś jest nie tak. Pojawiają się przypadki choroby morskiej. Kilka bladych twarzy „wisi” na relingach. W sukurs przychodzą „domowe” sposoby, np. imbir i kisiel, którego niezaprzeczalnym atutem, jak mówią żeglarze, jest to, że w obie strony smakuje tak samo. Tym razem niewiele pomaga. Niektórzy lepiej poczują się dopiero w porcie.
Chorobę morską przechodzi praktycznie każdy. Jedni uporają się z nią szybciej, innym potrzeba więcej czasu. Można próbować leków na chorobę lokomocyjną, ale one w morzu raczej nie działają. Najlepiej sprawdza się picie wody i patrzenie na horyzont. Wtedy organizm się uspokaja – instruował okrętowy lekarz dr Tomasz Bojanowski.

Także on ma za sobą lata spędzone w armii. Jako medyk brał udział w misjach w Iraku i w Afganistanie. Od jego opowieści o prawdziwym obliczu wojny włosy stają dęba, choć zdarzają się też historie z kategorii czarnego humoru:
Pierwsza noc w Iraku. Dotarliśmy do bazy i zmęczeni idziemy spać. Kolega nastawił budzik w telefonie na godzinę szóstą. Rano budzi nas huk. Bojówkarze zaatakowali bazę rakietą 240 mm. Na szczęście udaje nam się dostać do schronu. Gdy się uspokoiło, drugi kolega zaciąga się papierosem i mówi: „zmień sobie budzik w telefonie!” – wspomina dr Tomasz Bojanowski.
Gdy w końcu przychodzi korzystny, silny wiatr, kapitan ogłasza alarm do żagli. Wachty ustawiają się przy masztach, które mają pod opieką. Młodzież pod okiem doświadczonych oficerów z mozołem pracuje nad stawianiem kolejnych żagli. Do obsługi rejowych niezbędne jest wdrapanie się na fokmaszt (jedyny maszt z rejami na Pogorii), do czego garną się niemal wszyscy załoganci. Oczywiście po wcześniejszym przeszkoleniu i wejściu próbnym. Nikt nie narzeka na lęk przestrzeni. W górę wędrują też żagle na dwóch pozostałych masztach. Te stawia się z poziomu pokładu, ale wymaga to nie lada siły, koordynacji i współpracy. Po wytężonych wysiłkach trwających ponad godzinę, silnik statku można wyłączyć.
Droga załogo! Miło mi poinformować, że po raz pierwszy w tym rejsie Pogoria idzie napędzana wyłącznie siłą wiatru – przez mikrofon oznajmia kapitan. Jego słowa powodują wybuch radości i aplauz na pokładzie.
Dla reprezentantów Szczecina podróż na Pogorii to nie krajoznawcza wycieczka. Tu nie ma mowy o leniuchowaniu. W podzielonym na czterogodzinne wachty statkowym życiu zawsze jest coś do zrobienia. Każdy kolejny dyżur to inne zadania: sterowanie, wyznaczanie pozycji, obserwacja otoczenia, prace bosmańskie – szorowanie pokładu, polerowanie mosiądzów, szlifowanie i konserwacja części drewnianych, wymiany lin, malowanie, niekończąca się walka z rdzą – prace w kambuzie – pomoc kukowi w przygotowaniu posiłków, nakrywanie do stołu, sprzątanie, zmywanie. Wymieniać można długo. A do tego dochodzą jeszcze alarmy do żagli oraz nauka olinowania i węzłów, z czego jeszcze przed wejściem do Kłajpedy przeprowadzono egzamin. Kto zdał, mógł liczyć na wyjście do miasta. Ci, którzy nie zaliczyli w pierwszym terminie, musieli się podszkolić i na repetę zapraszał ich sam kapitan.
W 41-osobowym gronie Reprezentantów Szczecina dominują nastolatkowie. Głównie licealiści. Nie wszyscy pochodzą z Pomorza Zachodniego. 18-letnia Ania Moroz przyjechała z Częstochowy.
Na Pogorii płynę już czwarty raz i bardzo mi się podoba. To chyba geny, bo dziadkowie i mama też pływali na żaglowcach. Wkrótce chciałabym zostać oficerem na Pogorii – opowiada. W reprezentacji jest też jej młodsza siostra, 15-letnia Agata, dla której to drugi raz na morzu.
Inny 15-latek, Marek Hołody, to najmłodszy uczestnik rejsu. On jeszcze nie żeglował.
Interesuję się historią i wszystkim, co związane z naszym miastem. Gdy dowiedziałem się o konkursie kwalifikującym do Reprezentacji Szczecina, pomyślałem, że wezmę udział. Okazało się, że uzyskałem najlepszy wynik, dzięki temu wygrałem tysiąc złotych dofinansowania do mojego udziału – wspomina.
Debiut na morzu przeżywa też Magda Mróz. 20-letnia studentka architektury z Krakowa była przed rejsem pełna obaw.
Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z czymkolwiek, co pływa. Nie byłam pewna, czy bardziej doświadczeni uczestnicy rejsu nie będą się ze mnie śmiać. Przyjęcie, jakie tu zastałam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Ludzie są otwarci, mili, jest czysto i wygodnie, no i nie mam choroby morskiej! – mówi nie kryjąc radości.
Wczesnym popołudniem 23 lipca Pogoria cumuje w największym porcie Litwy. Tuż obok jej burty zbudowano ogromną scenę, na której trwają próby przed wieczornym koncertem. Za rufą kołysze się holenderski Gulden Leeuw, dalej stoi Fryderyk Chopin, a po drugiej stronie nabrzeża inne polskie żaglowce: Kapitan Borchardt, Zawisza Czarny, Bonawentura. Jest też rosyjski Shtandart i hiszpańska Atyla, na której popłynę do Szczecina. Opuszczam gościnne progi Pogorii z przekonaniem, że młodzież ze szczecińskiej reprezentacji jest w świetnych rękach i w etapie regatowym poradzi sobie znakomicie.
Krzysztof Romański
6.08.2021 r.
Zdjęcie w nagłówku: Krzysztof Romański
Artykuł ukazał się 25 lipca 2021 r. na łamach szczecińskiej Wyborczej.