Ponad 50 jednostek, w tym 21 żaglowców klasy A, dotarło na zlot żaglowców w Stavanger. Tall Ships Races wróciło do norweskiej stolicy ropy naftowej po 7 latach przerwy.
Stavanger ma doskonałe warunki do przyjęcia wielkiej floty żaglowców. Głębokie wody fiordu wcinają się klinem między dwie części śródmieścia, dzięki czemu jednostki cumują w samym sercu miasta. Z obu stron portowego kanału tłem dla wysokich masztów były urocze drewniane domki oplatające okoliczne wzgórza. W tym roku dodatkowo dopisała zwykle kapryśna na północy Europy pogoda. Akurat podczas Tall Ships Races zanotowano w Stavanger najwyższą temperaturę powietrza w historii pomiarów. Słupki rtęci wskazywały 35 stopni. Organizatorzy żartowali, że na wielu lokalnych termometrach zabrakło skali.
W porównaniu z poprzednim portem na trasie tegorocznego Tall Ships Races – Esbjergiem – przy kejach w Stavanger zabrakło francuskiej Etoile i duńskiego Georga Stage. Był za to indyjski Tarangini, który w Danii musiał na chwilę udać się do stoczni w celu drobnej naprawy. Polskę reprezentowały: Fryderyk Chopin, Pogoria (w klasie A) oraz Kapitan Borchardt i Generał Zaruski (w klasie B). Gospodarze zadbali, by oprócz standardowych straganów z jedzeniem i napojami, na terenie imprezy pojawiły się też stanowiska nawiązujące do żeglarskiej tradycji. Można więc było obejrzeć pokazy szkutnictwa – strugania masztów i obróbki drewna na łodzie. Chętni mieli również okazję do nauki węzłów i rejsów historycznymi jednostkami.
Po takiej fali gorąca, jaka dotknęła Stavanger, musiało przejść przesilenie. Burza nadciągnęła nad miasto w sobotni wieczór 28 lipca. Na szczęście nie była długa, więc bez przeszkód można było przeprowadzić pokaz sztucznych ogni. Latem zmrok na północy zapada wyjątkowo późno, więc fajerwerki wystrzelono w niebo dopiero o godzinie 23. Widowisko spotkało się z entuzjazmem wśród żeglarzy, którzy wyjątkowo długo wyrażali swoje uznanie buczeniem okrętowych syren.
Załogi uczestniczące w regatach czasem płatają sobie nawzajem figle. Tym razem mieliśmy do czynienia z brawurowym atakiem Niemców z Alexandra von Humboldta II na holenderski Eendracht. W ręce napastników wpadła maskotka z Eendrachta – zielona gumowa kaczka Beksi. Na zielono – a jakże – w barwach niemieckiego barku – pomalowana została kotwica Eendrachta. By nie trzeba było się domyślać, kto jest autorem tego specyficznego grafitti, na kadłubie napisano Alex II.
Parada wieńcząca imprezę odbyła się w niedzielę 29 lipca. Była spektakularna. Na wodach fiordu, wśród licznych wysepek, przy dość silnym wietrze i słonecznej aurze niewielu kapitanów skusiło się postawić żagle. Najwięcej podziwu wzbudził dowodzący holenderską Europą kapitan Klaas Gaastra, który nie kalkulował i zaprezentował swój statek pod pełnymi żaglami.
Z powodu prognozowanych niekorzystnych warunków pogodowych – przede wszystkim silnego przeciwnego do kierunku żeglugi wiatru – w sobotę 28 lipca dyrekcja regat podjęła decyzję o opóźnieniu startu o dobę. Flota zamiast w niedzielne, miała zacząć się ścigać w poniedziałkowe popołudnie (30 lipca). Oficjalny komunikat mówił też o przeniesieniu linii startu aż o 100 mil na południe – na wysokość latarni Lindesnes, co nie spotkało się z aprobatą większości kapitanów. Raport meteorologiczny, który przyszedł w niedzielę rano, przyniósł już lepsze prognozy, zatem przedstawiciele Sail Training International mogli wrócić do pierwotnego miejsca startu w okolicach Stavanger. Zrezygnowano jednak z tradycyjnego wspólnego początku. Wszystkie jednostki otrzymały 6 godzin na przejście wirtualnej linii startu i zaraportowanie rozpoczęcia ścigania.
Krzysztof Romański
30.07.2018 r.
Zdjęcie w nagłówku: Krzysztof Romański