W historii polskiej Marynarki Wojennej był to rejs pionierski. 10 lutego 1996 roku z Wielkiej Pętli do macierzystego portu w Gdyni wróciła Iskra.
Krzysztof Romański, 10 lutego 2026 r.
W latach 1995-96 Iskra, jako pierwszy okręt Marynarki Wojennej RP, okrążyła świat. Pretekstem do okołoziemskiej podróży był zlot Sail Indonesia, organizowany z okazji 50. rocznicy indonezyjskiej niepodległości. Marynarka Wojenna i załoga barkentyny długo przygotowywała się do tej historycznej podróży, o której marzyły pokolenia admirałów. By zdobyć niezbędne doświadczenie, dowódca okrętu Czesław Dyrcz popłynął jako II oficer w rejsie dookoła świata na Darze Młodzieży (w latach 1987-1988). Miał okazję uczestniczyć w pamiętnych chwilach – przejściu pod żaglami pod Harbour Bridge w Sydney czy trawersie Hornu – i przyglądać się pracy jednego z najlepszych kapitanów, jakim był Leszek Wiktorowicz.
Prezydenckie pożegnanie
Na to, by podążyć śladami gdyńskiej fregaty przyszło Iskrze poczekać jeszcze 7 lat. Na przeszkodzie oczywiście stawał chroniczny brak funduszy. Wreszcie, staraniem admirałów: Piotra Kołodziejczyka, Romualda Wagi i Jędrzeja Czajkowskiego, wielki rejs mógł ostatecznie wejść w fazę realizacji. Rozpoczął się 18 kwietnia 1995 roku w Gdyni. Opuszczający Polskę na 10 miesięcy okręt żegnały tłumy – rodziny, znajomi, ludzie morza oraz kompania reprezentacyjna z orkiestrą. Przybył nawet prezydent RP Lech Wałęsa, który osobiście oddał ostatnią cumę – szpring rufowy.
Trasa wyprawy wiodła przez trzy oceany drogą wokół trzech najbardziej na południe wysuniętych przylądków: Dobrej Nadziei, Leeuwin i Hornu, który Iskra minęła 27 listopada 1995 roku o godz. 10.33, w odległości zaledwie 18 kabli. Trawers nieprzejednanego przylądka był zwieńczeniem niezwykle trudnej żeglugi przez Ocean Spokojny, który polskim żeglarzom postanowił pokazać swoją niespokojną twarz.

Niespokojny Ocean Spokojny
Ówczesny dowódca, dziś admirał, Czesław Dyrcz tak zapamiętał tamten przelot:
Trasę z Wellington do przylądka Horn liczącą 4731 Mm, prowadzącą w słynnych „ryczących czterdziestkach” i „wyjących pięćdziesiątkach”, pokonaliśmy w 29 dni. Tylko w ciągu 4 dni tego przejścia w dziennikach okrętowych nie odnotowano sztormowego wiatru czy sztormu. Dwa razy podczas tej drogi sztormy osiągały siłę 12 stopni w skali Beauforta, czyli moc huraganu, a dla określenia stanu morza brakowało skali
– wspomina. I dodaje:
Fale o wysokości 15 metrów nie były niczym nadzwyczajnym. Woda prawie cały czas przelewała nam się przez pokład. Moją największą obawą na tym odcinku były góry lodowe. Dysponowaliśmy na owe czasy nowoczesnym sprzętem, jednak wolałem polegać na ciągłej obserwacji radaru. Zdarzało się, że przez kilka dób z rzędu nie schodziłem z pomostu. Załoga miała rozkaz spania w ubraniu i w szelkach asekuracyjnych, żeby w wypadku alarmu do żagli, każdy mógł bezzwłocznie stawić się na pokładzie. Nocami temperatura powietrza spadała w pobliże 0 stopni Celsjusza, towarzyszyły nam opady śniegu i gradu. Przez 28 dni żeglowaliśmy samotnie, bez kontaktu z jakąkolwiek inną jednostką pływającą – opowiada admirał Czesław Dyrcz.
Mimo ciągłego sztormowania, apetyty załodze dopisywały. Którejś nocy na wachcie jeden z podchorążych mnie pyta: „Dowódco! Ma dowódca ochotę na hamburgera?”. „Jak to hamburgera?” – zapytałem z ciekawością, nie przypominając sobie, żeby w okrętowym jadłospisie były hamburgery. Parę minut później chłopak wraca ze świeżo upieczonym bochenkiem chleba, przekrojonym na pół, a w środku trzy kotlety! Dla mnie to było zdecydowanie za dużo, ale walczące z ciągłym zmęczeniem młode organizmy potrzebowały dużo jedzenia – śmieje się Czesław Dyrcz.
Ważnym przystankiem na trasie okołoziemskiego rejsu były Antypody. W Australii okręt zawinął do aż 5 portów. W Sydney odbyło się m.in. spotkanie z polskimi kombatantami. Pokład barkentyny odwiedził 94-letni komandor Wojciech Francki, który w czasie drugiej wojny światowej dowodził legendarnym niszczycielem ORP Błyskawica. Nestor polskich kombatantów otrzymał kordzik oficerski, który został mu wręczony przez dowódcę MW admirała Romualda Wagę.

W Wigilię 1995 roku Iskra – na Atlantyku, na wysokości Brazylii – zamknęła wielki krąg. Okrążenie świata zajęło jej 158 dni. Ten moment razem z załogą przeżywała Janina Bielak, która zaokrętowała na odcinek Buenos Aires – Recife. „Janka”, bo tak nazywali ją żeglarze, była przyjaciółką „Iskry” i ambasadorką wychowania pod żaglami. Mieszkała na obczyźnie – w Wielkiej Brytanii – i to głównie dzięki jej staraniom polskie żaglowce od 1972 roku zaczęły brać udział w regatach organizowanych przez Sail Training Association.
Sroga zima na powitanie
Wracającą do Europy barkentynę zastała sroga zima. Przez Kanał Kiloński okręt szedł wśród lodów, w konwoju jednostek prowadzonym przez lodołamacz. Do portu macierzystego Iskra weszła 10 lutego 1996 roku, w 70. rocznicę nadania Gdyni praw miejskich. Przez zamarznięty Bałtyk drogę torował jej okręt ratowniczy ORP Lech. Powitanie w zalodzonym i zaśnieżonym Basenie Prezydenta odbyło się przy siarczystym mrozie. Na maszcie jednostki powiewał długi, ponad 37-metrowy wimpel, symbolizujący pokonane 37 739,9 mil morskich, a pod bukszprytem zwisały obfite białe wąsy lodowych sopli.
W wyprawie, która wpisała się do annałów polskiego żeglarstwa, wzięło udział 59 osób, w tym 34 praktykantów – podchorążych Akademii Marynarki Wojennej. Okręt po drodze zawijał do:
- Santa Cruz de Tenerife (Hiszpania),
- Porto Grande (Wyspy Zielonego Przylądka),
- Rio de Janeiro (Brazylia), Kapsztadu (RPA),
- Port Louis (Mauritius),
- Dżakarty (Indonezja),
- Ujung Pandang (Indonezja),
- Port Darwin (Australia),
- Fremantle (Australia),
- Melbourne (Australia),
- Hobart (Australia),
- Sydney (Australia),
- Wellington (Nowa Zelandia),
- Ushuaia (Argentyna),
- Stanley (Falklandy / Wielka Brytania),
- Buenos Aires (Argentyna),
- Recife (Brazylia),
- Ponta Delgada (Portugalia),
- Portsmouth (Wielka Brytania).